środa, 11 marca 2026

Zaproszenie

W świecie antyku listów przeważnie nie pisano osobiście, ale dyktowano je osobom mającym doświadczenie w sprawnym pisaniu: sekretarzom lub lokalnym skrybom, zawodowo świadczącym usługi sporządzania i kopiowania różnego rodzaju pism. W przypadku korespondencji prywatnej, jeśli nadawca chciał podkreślić swoje zaangażowanie, grzecznie było dopisać na końcu kilka słów własną ręką. O takiej sytuacji czytamy np. pod koniec nowotestamentowego Drugiego Listu do Tesaloniczan: „Pozdrowienie ręką moją — Pawła” (BT). Odbiorcy rozpoznawali takie osobiste dopiski niekoniecznie po charakterze pisma, ale po niewprawnie stawianych literach, łatwo odróżnialnych od czytelnego, równego pisma skryby, który zapisał list. W przypadku tekstów nowotestamentowych o dyktowaniu korespondencji dowiadujemy się wyłącznie z jej treści, ale do naszych czasów zachowały się oryginały innych listów antycznych, pokazujące ten zwyczaj.

Należy do nich list zawierający najstarszy, lub w każdym razie jeden z najstarszych, łacińskich zapisów wykonanych kobiecą ręką.

Za panowania cesarza Klaudiusza Rzymianie podbili Brytanię i dla utrzymania kontroli nad wyspą zbudowali szereg fortów. Jednym z nich była Vindolanda, warowny obóz wojskowy w obecnej północno-wschodniej Anglii, w hrabstwie Northumberland. Wzniesiony pod koniec I wieku n.e., służył Rzymianom jako placówka wojskowa do czasu opuszczenia Brytanii przez ostatnie oddziały rzymskie na początku V wieku.

Od lat 70. XX wieku podczas kolejnych sezonów wykopaliskowych w Vindolandzie odkryto łącznie setki prywatnych listów rzymskich. Większość z nich napisano atramentem na cienkich drewnianych tabliczkach, część — na tabliczkach pokrytych woskiem. Wśród nich datowany na ok. 100 rok n.e. list Klaudii Sewery, żony Eliusza Brokchusa, dowódcy pomocniczego fortu w pobliżu Vindolandy. Adresatką była Sulpicja Lepidina, żona Flawiusza Cerialisa, prefekta IX kohorty Batawów, stacjonującej w Vindolandzie.

Po jednej stronie tabliczki widnieje sporządzona przez sekretarza informacja o nadawcy i odbiorcy: „Sulpiciae Lepedinae Cerialis a S[e]vera” (Sulpicji Lepidinie Cerialisa od Sewery). Po drugiej znajduje się spisany przez niego tekst listu:

„Klaudia Sewera do swojej Lepidiny, pozdrowienia. Na trzeci dzień przed Idami wrześniowymi (tj. 11 września), siostro, na uroczysty dzień moich urodzin, serdecznie Cię zapraszam, abyś do nas zawitała i uprzyjemniła mi ten dzień swoją obecnością, jeśli przybędziesz. Przekaż moje pozdrowienia swojemu Cerialisowi. Mój Eliusz i nasz synek przesyłają pozdrowienia”.

Pod tym dopisek mniej eleganckim pismem:

„Będę Cię oczekiwać, siostro. Bądź zdrowa, siostro, duszo moja, obym zdrowa była, najdroższa, pozdrawiam”.

Vale, soror, anima mea!

Tabliczka z Vindolandy z listem Klaudii Sewery
Tabliczka z Vindolandy (nr 291) z listem Klaudii Sewery, ok. 20×10 cm, 97–103 n.e.;
British Museum, obiekt 1986,1001.64

środa, 4 marca 2026

Liczenie to trudna sprawa

Kiedy przyjrzymy się bliżej językom używanym w mniej rozwiniętych społeczeństwach, zauważymy, że liczenie różnych rzeczy nie jest rzeczą prostą. Powszechne i podstawowe są określenia na pojedynczy przedmiot i na naturalną parę (oczy, ręce). Pierwszy system to jeden-dwa-wiele.

Niektóre języki nie mają nawet tyle. Spośród zbadanych języków kilkanaście z Ameryki Południowej oraz kilka z Nowej Gwinei w ogóle nie ma liczebników, to znaczy słów lub wyrażeń, których stałym znaczeniem jest konkretna liczba. W tych językach istnieje osobne słowo na 1, bywają też słowa na naturalną parę konkretnego rodzaju rzeczy, ale do określania ilości używa się terminów „jeden”, „kilka”, „wiele”.

Pozostałością podobnego pierwotnego systemu jest językowa liczba podwójna, różna od liczby mnogiej. W polszczyźnie niektóre rzeczowniki do dziś zachowały formę liczby podwójnej dla naturalnej pary:

  • rękoma — para rąk (liczba podwójna)
  • rękami — dwie lub więcej rąk (liczba mnoga)
  • oczyma — para oczu (liczba podwójna)
  • oczami — dwoje lub więcej oczu (liczba mnoga)
  • uszyma — para uszu (liczba podwójna)
  • uszami — dwoje lub więcej uszu (liczba mnoga)

Liczba podwójna rzeczownika „słowo” przetrwała bez zmian w przysłowiu „Mądrej głowie dość dwie słowie”. Podobnie „dwie-ście” to pierwotnie liczba podwójna.

Kiedy mamy jeden i parę, trzy rzeczy dają się ująć myślowo i wyrazić jako para i jeden, cztery jako para par. Badania języków Nowej Gwinei, Afryki, Ameryki Południowej, Australii pokazały, że rzeczywiście liczebniki określające liczby większe niż dwa tworzy się przez złożenia. Na przykład w języku Arunta, aborygenów australijskich:

  • 1 = ninta
  • 2 = tara
  • 3 = tara-ma-ninta
  • 4 = tara-ma-tara

Operowanie większymi liczbami to już kolejny etap, na który trudniej przejść. Praktycznie wszystkie społeczności, które nie mają osobnych nazw na liczby większe od 2, posługują się systemem: „1, 2, 2-i-1, 2-i-2, wiele”. Nadal nie jest to liczenie, a jedynie posługiwanie się pojęciami „pojedynczości” i „podwójności”. Nie wystarczy dla wyrażenia takiej liczby jak 5. Do tego potrzeba użyć schematu 2+2+1 (co wymaga umiejętności dodawania, która nie we wszystkich kulturach się wykształciła). Albo ująć 5 jako parę 2-i-3, ale trzy już jest złożeniem. Koncepcja zliczania, systematycznego powiększania wielkości, pojęcie liczby, nie przychodzi łatwo.

Na początku XX wieku jeden z podróżników tak opisywał kłopoty, jakie mają z liczbami ludzie z plemienia Damara, z Namibii, w południowej Afryce:

Mniejsza z tym, jak zbudowany jest ich język — z pewnością nie posługują się oni żadną liczbą większą od trzech. Kiedy chcą wyrazić, że czegoś jest cztery, pomagają sobie palcami, które są dla nich równie skutecznym narzędziem rachowania jak suwak logarytmiczny dla angielskiego ucznia. Damarowie są w niezłym kłopocie, kiedy przekroczą pięć, ponieważ brakuje im wtedy wolnej ręki, żeby przytrzymywać i oddzielać palce oznaczające jedności. Nie zdarza się jednak, aby zgubili wołu. Stratę jakiejś sztuki zauważają nie dlatego, że zmniejszyła się liczebność stada, tylko dlatego, że brakuje zwierzęcia o znanym im wyglądzie. Gdy prowadzą handel wymienny, za każdą sztukę płaci się oddzielnie. Wyobraźmy sobie, że cena jednej owcy to dwie laski tytoniu. Otóż Damara będzie miał twardy orzech do zgryzienia, jeśli ktoś zabierze mu dwie owce i da za to cztery laski tytoniu. Gdy tak właśnie zrobiłem, zobaczyłem, że mężczyzna oddzielił dwie laski i połączył je wzrokiem z owcą, którą miał sprzedać. Uznawszy, że zapłacono mu uczciwie, i stwierdziwszy, ku swemu zdumieniu, że w ręku zostały mu dokładnie dwie laski na wyrównanie rachunku za drugą owcę, nie mógł uwolnić się od wątpliwości. Transakcja wydawała mu się podejrzana: załatwiona od ręki nie mogła być uczciwa. Wrócił więc do pierwszej pary lasek i wszystko mu się poplątało. Chodził od jednej owcy do drugiej i zgodził się dobić targu dopiero wtedy, kiedy najpierw dano mu do ręki dwie laski tytoniu i odprowadzono jedną owcę, potem zaś wręczono dwie pozostałe laski i zabrano drugą owcę.
[Francis Galton, „Memories of My Life”, 1908; tłum. cytatu: Katarzyna Lipszyc [w]: J.D. Barrow, „Π razy drzwi”, 1996]

sobota, 28 lutego 2026

Zagadkowa Pu-abi

Żyła w południowej Mezopotamii około 4500 lat temu. W swoim mieście-państwie była kimś wyjątkowo ważnym. Zmarła w wieku około czterdziestu lat. Zbudowano dla niej kamienny grobowiec z ceglanym sklepieniem, zaliczany współcześnie do grupy kilkunastu tzw. grobów królewskich w Ur.

Pochowano ją w misternie zdobionym stroju. Jej bujne włosy, lub może raczej dużą perukę, oplatały długie zwoje wstążki z cienkiego złota. Z tyłu głowy tkwił wpięty we włosy złoty grzebień z siedmioma zębami, które zwężały się w wygięte do przodu łodyżki zakończone kwiatami. Głowę opasywał diadem z czterech sznurów cylindrycznych koralików z cennego niebieskiego lapis-lazuli i z czerwonego karneolu, przedzielanych elementami ze złota; złote listki wierzby i topoli oraz kółka opadały z diademu na czoło. Z uszu zwisały wielkie, półksiężycowate, złote kolczyki. Szyję oplatał naszyjnik z centralną złotą rozetką, łączącą trzy sznury okrągłych paciorków z lapis-lazuli przeplatanych paciorkami ze złota. Pod nim z szyi na ramiona opadał drugi, dłuższy naszyjnik, z trójkątnych elementów, łączonych koralikami. Stanowił zapewne rodzaj kołnierza dla zdobiącego górną część ciała okrycia, wykonanego ze zwisających w dół sznurów, na które nanizano setki różnego kształtu koralików ze złota, karneolu i lapis-lazuli. Talię otaczał pas z kilku rzędów cylindrycznych koralików, zakończony u dołu złotymi pierścieniami. Niewykluczone, że był dolnym obramowaniem okrycia. Wszystkie te ozdoby ważyły razem ok. 6,5 kilograma, z czego nakrycie głowy ok. 2,5 kg.

Nakrycie głowy i strój Pu-abi
Nakrycie głowy i strój Pu-abi; fot. Penn Museum, obiekt B17711A

Na palcach miała kunsztownie zdobione złote pierścienie, a na prawym ramieniu spinające szatę złote szpile z główkami z lapis-lazuli. Obok leżały amulety przedstawiające byki i ryby ze złota i lazurytu. Przy marach stał stolik, na którym złożono sznury biżuterii z tysięcy koralików przeplatanych wisiorkami przedstawiającymi rośliny i zwierzęta.

Wraz z kobietą w komorze grobowej pochowano trójkę osobistych służących. Dwójka spoczęła u wezgłowia, trzecia u nóg. Posadzkę pomieszczenia zalegały dziesiątki przedmiotów: diademy, złote, srebrne i lazurytowe pierścienie i bransolety, brosze, naczynia ze złota, srebra, alabastru, a nawet kilka ze skorup strusich jaj.

Przy grobowcu znajdowała się „jama śmierci”, duży prostokątny dół o nachylonym dnie, gdzie w dwóch rzędach spoczywały ciała ponad dwudziestu osób, zaprzęg wołów z ceremonialnym rydwanem na płozach, misterna harfa, duża skrzynia z przedmiotami osobistymi, plansza do gry, złote i srebrne naczynia. Odkrywca grobowca, Leonard Woolley, uznał, że jama stanowiła rampę wejściową do grobowca zmarłej, tak jak podobne jamy z dziesiątkami ciał przy innych grobowcach „cmentarzyska królewskiego” w Ur. W tym przypadku jama znajduje się na poziomie sklepienia grobowca; współcześnie na ogół odrzuca się wiązanie jej z komnatą grobową.

Woolley uznał tajemniczą kobietę za żonę nieznanego z imienia króla, który zmarł wcześniej i został pochowany w „Grobie Króla” (PG 789). Zbudowała własny grobowiec tuż obok jego grobu, aby mogli być razem na zawsze. Romantyczna historia, ale faktycznie jej grobowiec powstał wcześniej, a nie później niż sąsiedni. Czy była królową, żoną króla? Różne nowożytne źródła podają, że była żoną króla Abargiego — nieznane skądinąd imię, występujące jako jedyny napis na cylindrycznej pieczęci znalezionej z drobnymi przedmiotami w miejscu skrzyni w jamie przy jej grobowcu; już w latach 30. XX wieku uznano, że Abargi prawdopodobnie był jej synem. Inni uważają, że była drugą żoną króla Meskalamduga, któremu niekiedy przypisuje się grób PG 789. W rzeczywistości to tylko luźne hipotezy. Nic nie wiąże jej z żadnym królem ani mężem.

Jedyne konkretne wskazówki znajdziemy w jej osobistych przedmiotach. Do takich przedmiotów należały cylindryczne pieczęcie, wykonane z twardego materiału niewielkie walce z przewierconym wzdłuż osi otworem, dzięki czemu można je było nosić na szyi. Na ich powierzchni ryto różne sceny oraz często inskrypcję, podającą imię właściciela. Cylindryczną pieczęć przetaczano po tabliczce z wilgotnej gliny, uzyskując odpowiednik odcisku dzisiejszej osobistej pieczątki.

Przy prawej ręce kobiety leżały trzy pieczęcie cylindryczne. Na jednej z nich w prostokątnych pionowych ramkach widnieje jej imię i tytuł.

Odcisk pieczęci z imieniem Pu-abi
Odcisk pieczęci z imieniem Pu-abi; fot. British Museum, obiekt 121544, CC BY-NC-SA 4.0

W pierwszej kolumnie od prawej dwoma znakami klinowymi zapisano imię. Woolley odczytał je jako Szub-ad, późniejsi uczeni skorygowali odczytanie pierwszego znaku, a jednocześnie uznali, że całość to imię akadyjskie, w brzmieniu: Pu-abi (bardziej poprawnie: Pu-abum), podczas gdy po sumeryjsku brzmiałoby: Pu-ad. Oznacza ono „Usta ojca”. Trudno powiedzieć, na jakiej podstawie uznano, że nosiła akadyjskie imię. Żyła i zmarła w sumeryjskim mieście, nic w jej pochówku nie wskazuje na akadyjskie pochodzenie. Gdyby jej imię interpretować jako sposób oznajmienia, że jest córką akadyjskiego władcy i reprezentuje go wobec sumeryjskiego społeczeństwa Ur, byłoby raczej niefortunnym wyborem. Podkreślałoby jej obcość. Wiemy tymczasem, że kiedy akadyjski król Sargon swoją jedyną córkę ustanowił arcykapłanką sanktuarium boga Nanny w Ur, przyjęła wówczas sumeryjskie imię: Enheduanna. Podobnie setki lat później babiloński król Nabonid mianował na to stanowisko swoją córkę, która przyjęła wtedy sumeryjskie imię: Ennigaldi-Nanna. W obu przypadkach wręcz nie znamy ich pierwotnych imion. Najprościej przyjąć, że Pu-abi (pozostańmy przy tej powszechnie przyjętej formie) była po prostu Sumeryjką i nosiła sumeryjskie imię.

W drugiej kolumnie inskrypcji na pieczęci znajduje się dwuznakowe słowo. Pierwszy ze znaków klinowych, trójkąt z kreseczką w środku, kiedy występuje osobno, oznacza kobietę (MUNUS), drugi, prostokąt z dwiema kreseczkami, oznacza szatę (TUG), zaś połączone tworzą sumerogram NIN, co tłumaczy się jako „Pani”. Mógł oznaczać królową, arcykapłankę lub szlachetnie urodzoną damę.

To wszystko: „Pani Pua-bi”. Zupełnie inaczej niż w przypadku żon królów, kiedy oprócz ich imion podawano imiona ich mężów, na przykład „Baranamtara, żona Lugalandy, władcy Lagasz”.

Na wszystkich trzech pieczęciach Pu-abi wyryto podobne sceny: bankiety z jej udziałem, ale tylko tę jedną pieczęć opatrzono napisem. Na pozostałych dwóch z nieznanego powodu nie zapełniono całej powierzchni walca rysunkiem. ale mimo to pozostawiono puste prostokąty, jak gdyby miejsca przeznaczone na imię i tytuł.

Uczty przedstawiono na pieczęciach w dwóch poziomych pasach rysunków, Pu-abi za każdym razem pokazano w górnym z nich, ważniejszym. Siedzi na krześle bardziej ozdobnym niż krzesła pozostałych osób, otoczona przez służące. Reszta służby obsługuje gości, przynosi napoje i jedzenie. Żaden z ucztujących mężczyzn nie został ukazany jako dorównujący jej rangą. Na jednej z pieczęci w bankiecie Pu-abi biorą udział wyłącznie kobiety, a rozrywkę zapewnia im harfistka.

Ani inskrypcja, ani sceny na pieczęciach nie dają więc podstaw do przypuszczeń, że Pua-bi była żoną jakiegoś króla, wręcz przeciwnie, sugerują jej samodzielną wysoką pozycję. Być może była arcykapłanką? A może panującą królową?… Imię „Usta ojca” oznaczałoby wówczas, że była dziedziczką tronu swego ojca, króla Ur. Pierwszą w historii kobietą sprawującą władzę królewską.