środa, 14 października 2026

Tymczasowy król

W różnych kulturach siłę państwa wiązano z siłami witalnymi rządzącego nim króla. Jednym z najstarszych świąt starożytnego Egiptu, odprawianych do najmniej od czasów I dynastii, było jubileuszowe święto Sed, rytuał odnowienia władzy króla, potwierdzający jego fizyczną sprawność. Organizowano je po 30 latach rządów faraona, a następnie co trzy lub cztery lata. Na specjalnie przygotowanym dziedzińcu, z podwyższeniem i tronem pośrodku, faraon był ponownie koronowany, odbierał hołdy od wielmożów i przyjmował błogosławieństwa od kapłanów, a następnie, na drugim dziedzińcu, z rzędami kaplic po obu stronach, odziany tylko w krótki fartuszek ze zwisającym z tyłu ogonem byka, w koronie na głowie oraz królewskimi insygniami w rękach: zakrzywionym krótkim berłem i potrójnym biczem, wykonywał rytualny bieg.

Król Dżeser wykonujący rytualny bieg podczas święta Sed
Król Dżeser wykonujący rytualny bieg podczas święta Sed;
rysunek Yvonne Markovitz na podst. panelu reliefowego
 kompleksie piramidy schodkowej w Sakkarze.

Według przypuszczeń niektórych badaczy święto Sed ustanowiono w zastępstwie rytuału egzekucji króla, przeprowadzanego, kiedy nie mógł dłużej skutecznie sprawować władzy ze względu na wiek lub kondycję. James George Frazer w swojej klasycznej książce Złota Gałąź co prawda nie wzmiankuje o tym święcie, ale podaje różne inne przykłady z innych kultur, w których uśmiercano królów, gdy ich siły życiowe osłabły, jak również takich społeczności, w których nie ryzykowano i przyjęto stały, stosunkowo krótki okres sprawowania boskiej władzy, po którym króla zabijano, nawet gdy nie było żadnych widocznych objawów, by podupadał na zdrowiu. Ze zwyczaju tego Frazer wywodził istniejącą w rozmaitych kulturach instytucję „tymczasowego króla”, osoby wybieranej na krótko jako formalny król, symbolicznie sprawujący władzę, i uśmiercanej zamiast prawdziwego władcy, który następnie ponownie obejmował tron. W rozdziale „Zabijanie boskich królów”, powołując się na opis dorocznego święta Sakea, z dzieła zhellenizowanego babilońskiego kapłana i historyka Berossosa, pisał: „Gdy zbliżał się czas egzekucji króla (w Babilonie następowało to, jak się zdaje, po roku panowania), władca abdykował na kilka dni; w tym czasie rządy sprawował i na koniec ginął zamiast niego król tymczasowy. Początkowo osobą taką mógł być człowiek niewinny, być może nawet członek królewskiej rodziny, jednak wraz z rozwojem cywilizacji składanie w ofierze niewinnego budziłoby sprzeciw społeczny, w związku z czym krótkotrwałą i naznaczoną śmiercią władzę powierzano skazanemu przestępcy” (obszerny fragment o tym święcie babilońskim nie występuje w polskim wydaniu, opartym na autorskiej wersji skróconej i dodatkowo skróconym).

W literaturze pięknej motyw babilońskiego „jednodniowego króla” (u Berossosa było to pięć dni) pojawia się w powieści historycznej Miki Waltariego Egipcjanin Sinuhe. Kaptah, jednooki wierny sługa i przyjaciel głównego bohatera, nieświadomy sytuacji, staje się główną postacią niezwykłych wydarzeń. Zaskoczony honorowaniem swego towarzysza Sinuhe dowiaduje się od prawdziwego władcy, Burnaburiasza:

— Co roku w dniu fałszywego króla wybiera się na króla najgłupszego i najbardziej zwariowanego człowieka w Babilonie, któremu wolno rządzić od świtu do zachodu słońca. Ma on całą władzę królewską i sam król musi mu usługiwać. I jeszcze nigdy nie widziałem zabawniejszego króla niż Kaptah, którego ja sam wybrałem, bo jest tak ogromnie śmieszny. Nie wie sam, co go czeka, i to jest najkomiczniejsze z wszystkiego. — A co się z nim stanie? — spytałem. — O zachodzie słońca zostanie zabity tak niespodziewanie, jak rankiem został ukoronowany. (…) Nie przystoi bowiem, by człowiek, który przez jeden dzień rządził jako król, pozostał przy życiu.

Piszący po grecku Berossos żył jednak wiele pokoleń po śmierci ostatniego mezopotamskiego monarchy Babilonu, Nabonida, pokonanego i pojmanego w 539 p.n.e. przez perskiego króla Cyrusa Wielkiego. Cyrus przyłączył jego państwo do imperium perskiego, które z kolei zostało podbite przez Aleksandra Wielkiego. Jak się okazuje, w tekstach sumeryjskich, babilońskich ani asyryjskich nie znaleziono wzmianek o corocznym święcie z tymczasowym królem. Być może w swoim opisie Berossos nieświadomie połączył ze sobą dwa odrębne zwyczaje: doroczne święto z odwróceniem ról, przypominające rzymskie Saturnalia, oraz nieregularny rytuał obierania zastępczego króla.

cdn.


Mika Waltari, „Egipcjanin Sinuhe”, przeł. Zygmunt Łanowski.

sobota, 10 października 2026

Herezja Antypodów

Bonifacy skończył czytać opatrzony pieczęcią list, zmrużył oczy i uśmiechnął się złośliwie. Nareszcie! Wergiliusz zostanie upokorzony i z pewnością nikomu w głowie nie postanie, by powierzyć mu w przyszłości oficjalne rządy nad diecezją, którą faktycznie zarządzał, wyświęcić na biskupa. Może nawet utraci władzę nad opactwem salzburskim, albo i… Bonifacy uśmiechnął się szerzej. Poprzednia interwencja u papieża, kiedy opat Wergiliusz sprzeciwił się jego żądaniu — jego, arcybiskupa Germanii, papieskiego legata! — i odmówił dokonania powtórnych chrztów osób, które bawarski kapłan ochrzcił „w imię ojczyzny, córki i Ducha Świętego”, spaliła na panewce, ale teraz…!

Dyscyplina kościelna to jedno, lecz herezja… Tym razem Jego Świątobliwość Zachariasz poparł go całkowicie i obdarzył pełnym zaufaniem. Nakazywał, że jeśli sprawa błędnych poglądów opata się potwierdzi, Bonifacy ma zwołać synod, a jeżeli doprowadzony na przesłuchanie Wergiliusz nie wyprze się — jak to było? biskup zerknął do listu — „przewrotnej i grzesznej nauki, którą głosił przeciw Bogu i własnej duszy”, wówczas zgodnie z kanonami ma go pozbawić godności duchownej i wyrzucić z Kościoła.

Dobrze mieć swoich ludzi, którzy to i owo zasłyszą. Miałżeby istnieć inny świat i inni ludzie pod ziemią, którym przyświeca tam słońce i księżyc?! Cóż za bałamuctwa! Święty Augustyn, najznamienitszy z chrześcijańskich myślicieli, nie bez powodu pisał: „Baśniom o antypodach, tj. ludziach z przeciwnej strony ziemi (…) i że ci ludzie stąpają po ziemi, która jest pod naszymi nogami z tamtej strony — nie ma podstawy do wierzenia”. Bo przecież „choćby uważać świat za kulisty“ — choćby nawet! zatchnął się Bonifacy — „lub choćby się tego jakoś i dowiodło, nie wynika jeszcze z tego, żeby po tamtej stronie wśród wód bezmiaru był też ląd jaki, a choćby i był — niekoniecznie ludzie tam być mają. Bo w żaden sposób nie może się mylić to Pismo, które udowadnia prawdę opowiedzianych przez siebie dziejów, a udowadnia tym, iż spełniają się jego przepowiednie; zbyt zaś trudno jest pogodzić się z twierdzeniem, że ludzie jacyś z tej części ziemi, przebywszy niezmierzone przestrzenie oceanu, mogli, żeglując, dotrzeć tam, aby i tam rozszerzać rodzaj ludzki od Adama pochodzący”.


*

W przeciwieństwie do żyjącego na przełomie IV i V wieku, powątpiewającego Augustyna, który dopuszczał kulistość Ziemi tylko warunkowo, starożytni greccy myśliciele przyjmowali ją jako ustalony pewnik na długo przed powstaniem chrześcijaństwa. Na przełomie epoki klasycznej i okresu hellenistycznego, w czasach Aleksandra Wielkiego i Arystotelesa, przekonanie o kulistości Ziemi było już w zasadzie powszechne wśród filozofów i innych osób bliżej zajmujących się zagadnieniem jej kształtu. Uzasadniały je zarówno argumenty filozoficzne i różne przesłanki, jak i dowody, dostępne każdemu, kto podróżował w odległe strony i bacznie obserwował niebo lub korzystał z ksiąg, w których opisano takie obserwacje.

Zauważono też, że im dalej na północ, w stronę bieguna, tym klimat zimniejszy, a krainy coraz mniej nadają się do zamieszkania, aż poza wyspę Thule na odległej północy, za którą rozciąga się Cronium, zamarznięte morze. Z drugiej strony, im dalej na południe, w stronę równika, tym goręcej; nie bez powodu Etiopowie, czarnoskórzy ludzie mieszkający na południe od Egiptu, otrzymali swe miano, oznaczające „spalone twarze”. Ziemia i morze w okolicach podbiegunowych są więc zamarznięte, a w okolicach równikowych, jak sobie wyobrażano, przeciwnie, ziemia jest spalona od słońca i całkowicie martwa, a morze wrze od gorąca. A skoro Ziemia jest kulą, rozumowano, a znane, nadające się do zamieszkania i zamieszkałe krainy znajdują się na jej północnej półkuli w umiarkowanym, sprzyjającym ludziom klimacie, to co może znajdować się po przeciwnej, niedostępnej stronie globu?

Kulistość sama nasuwa myśl o symetrii, więc spekulowano, że okolice bieguna południowego są również zimne, zamarznięte, a pomiędzy nimi a nienadającą się do życia strefą równikową rozciąga się symetrycznie druga, południowa strefa umiarkowana. W niej zapewne jakiś ląd lub lądy, bo dlaczegóż miałyby istnieć tylko na północnej półkuli. A skoro tamtejsze warunki są takie jak tutejsze, to i z całą resztą musi być podobnie: rosną tam drzewa i inne rośliny, żyją zwierzęta i ludzie. Mimo że nigdy do nich nie dotrzemy ani oni do nas, bo wrzące okolice równika stanowią barierę nie do przebycia, Antypodzi, czyli Przeciwstopcy, istnieją — to logiczny wniosek z kulistości Ziemi.

Tej powstałej w późnej starożytności koncepcji Antypodów, ludzi żyjących po przeciwnej stronie kuli ziemskiej, Kościół nie mógł zaakceptować: rodziła kłopotliwe kwestie, których wyjaśnienia musiałby być sprzeczne z Biblią. Cała ludzkość pochodziła przecież od pierwszych prarodziców, Adama i Ewy, i cała była skażona grzechem pierworodnym wskutek grzechu nieposłuszeństwa Adama i Ewy, grzechem, który następnie został odkupiony przez Chrystusa dla całej ludzkości. A Antypodzi? Skąd się wzięli? Gdyby istnieli, nie mogliby pochodzić od Adama i Ewy, bo przecież nie mogli z naszej części świata dotrzeć do swych krain, nie mogli przedostać się przez zabójczą strefę równikową ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie pochodząc od Adama i Ewy, nie mogliby dziedziczyć grzechu pierworodnego. Przez kogo zostali stworzeni? czy ich pierwsi prarodzice także zgrzeszyli?


*

Koncepcję wrzącej strefy równikowej obaliły podróże morskie w czasach wielkich odkryć geograficznych. W roku 1471 portugalscy żeglarze João de Santarém i Pedro Escobar, płynąc wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki, jako pierwsi Europejczycy w historii przekroczyli równik.

Nie wiemy, czy Bonifacy zwołał synod w celu osądzenia Wergiliusza, nie zachowały się żadne dokumenty, które by na to wskazywały. Wergiliusz w jakiś sposób oczyścił się z zarzutu herezji, nadal cieszył się poparciem bawarskiego księcia Odylona i wciąż niełatwo byłoby zdjąć go z urzędu opata pod błahym pretekstem. Doczekał śmierci Bonifacego i rok później został wyświęcony na biskupa Salzburga.

Bonifacy, Wergiliusz i Zachariasz zostali świętymi Kościoła katolickiego.

Antypodowie
Kosmas Indikopleustes, „Chrześcijańska topografia wszechświata” (VI w.),
ilustracja w zamierzeniu wyśmiewająca absurd kulistej Ziemi i Antypodów.

Listy papieża Zachariasza do Bonifacego z 1 lipca 746 i 1 maja 748, dostępne w „Briefe des Bonifatius. Willibalds Leben des Bonifatius” 1968.
Augustyn z Hippony, „Państwo Boże” XVI 9, przeł. ks. Władysław Kubicki.

środa, 30 września 2026

Orientuj się

Czasownika „orientować się” na co dzień używamy na ogół w znaczeniu: mieć jakąś wiedzę na dany temat, rozeznanie, wiedzieć o nim dostatecznie. Podobnie np. „zorientować się” to zdać sobie sprawę z sytuacji. Jak często bywa w języku, nie jest to znacznie pierwotne, ale przenośne, wtórne. Bliższy najdawniejszemu sens odnosi się do orientacji w terenie, czyli umiejętności określenia własnego położenia w stosunku do jakichś charakterystycznych obiektów lub względem stron świata. Orientowanie mapy to nadawanie kartce z mapą takiego położenia, żeby kierunki na niej pokrywały się z odpowiednimi rzeczywistymi kierunkami w otoczeniu.

W języku polskim, inaczej niż np. w angielskim, główne kierunki geograficzne noszą takie same nazwy jak zjawiska i pory doby związane z ruchem słońca na niebie. Południe to dosłownie czas połowy dnia, czas, gdy słońce w swojej dziennej wędrówce pomiędzy wschodem i zachodem osiąga najwyższy punkt na niebie; południem nazywamy także kierunek wyznaczany wówczas przez słońce. Rzymianie południe słoneczne nazywali dosłownie środkiem dnia, medidies (medius+dies), co przeszło potem w powszechniejszą formę meridies; i tak samo nazywali kierunek południowy. Wschód to ukazanie się słońca nad horyzontem; wschodem nazywamy także tę stronę świata, po której wschodzi słońce. Tak samo w łacinie wyraz oriens, w dopełniaczu orientis, oznaczał poranne ukazanie się słońca, ale też wschód jako kierunek.

W pochodnej formie „orient” jako strona świata trafił do różnych języków europejskich. Orient, czyli Wschód, krainy położone na wschód od Morza Śródziemnego, od dawna miał duże znaczenie dla Europejczyków. „Ex oriente lux”, ze wschodu (przychodzi) światło, mawiano, mając na myśli nie tylko poranne ukazywanie się słońca, ale wyrażając przekonanie, że cywilizacja, kultura, wiedza, głęboka mądrość i duchowość powstały w krainach Wschodu i stamtąd dotarły na Zachód. W europejskim chrześcijaństwie kierunek wschodni wskazywał Jerozolimę, święte miasto, miejsce najważniejszych wydarzeń biblijnych. Na średniowiecznych schematycznych mapach świata Azję (wschód), gdzie miał znajdować się rajski ogród Edenu, umieszczano u góry, a Jerozolimę w centrum.

Podobnie jak w synagodze najważniejsze miejsce — ozdobna szafa, w której przechowywane są zwoje Tory — znajduje się zawsze na wschodniej ścianie budynku, zwróconej w stronę Jerozolimy, tak również w chrześcijaństwie od czasów antycznych wierni na ogół modlili się zwróceni ku wschodowi. W średniowiecznej Europie powszechnie stosowano się do zwyczaju, że główna oś kościoła powinna mieć kierunek wschód-zachód, z wejściem na zachodzie i głównym ołtarzem na wschodzie. Od XI wieku stało się to normą, od której odstępowano tylko w wyjątkowych przypadkach. Orientować, francuskie orienter, czyli zwracać ku wschodowi, z biegiem czasu nabrało poszerzonego znaczenia i zaczęło oznaczać ustawiać lub zwracać w określonym kierunku, niekoniecznie wschodnim, ukierunkowywać. Bezpośrednio lub pośrednio orientowanie i orientacja trafiły do różnych języków europejskich, również do polskiego.

Najstarsza wydrukowana mapa świata (1472)
Najstarsza wydrukowana mapa świata (1472):
pierwsze wydanie encyklopedii „Etymologiae” Izydora z Sewilli z VII w.

poniedziałek, 21 września 2026

Do Yourself a Book

Tako rzecze Lem:

Będąc w Wiedniu, chyba z dziesięć razy przeczytałem tę powieść Prusa, bo jest w niej wiele wspaniałego mięsa — narracyjnego i psychologicznego. (…) całość jest znakomita, bo pokazuje rozziew pomiędzy hierarchią polskiej arystokracji, rodziną Łęckich, baronostwem, no i jest ten znakomity stary Rzecki. Świętochowski okropnie opieprzył tę książkę, bo nie rozumiał, że jest znakomita. W ogóle z dużym opóźnieniem doceniono jej klasę.
[„Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś” (2002)]
Elementami były paski papieru niejednakowej szerokości, zadrukowane fragmentami prozy. (…) Pomysł opatentował „Universal”, sięgając po książki, do których prawa autorskie już wygasły. Były to utwory klasyków, Balzaka, Tołstoja, Dostojewskiego, skracane odpowiednio przez anonimowy sztab wydawnictwa. Niechybnie wynalazcy adresowali ten melanż do pewnego rodzaju ludzi, którym może sprawić uciechę deformowanie i wyinaczanie arcydzieł (a raczej ich prymitywnych wersji). Dostajesz do ręki „Zbrodnię i karę”, „Wojnę i pokój” i możesz [układając po swojemu paski z fragmentami] robić z postaciami, co zechcesz. Natasza może się puszczać przed ślubem i po nim, Swidrygajłow – ożenić się z siostrą Raskolnikowa, ten ostatni – ujść sprawiedliwości i wyjechać z Sonią do Szwajcarii, Anna Karenina zdradzi męża nie z Wrońskim, lecz z lokajem itd. (…) Ależ cóż – tych kandydatów na „zanieczyścicieli” było jakoś osobliwie mało. (…)

Cóż się więc stało? Rzecz o wiele prostsza, jak wolno przypuszczać. (…)

(…) zobojętnienie na takie wartości kultury zaszło w naszym świecie znacznie dalej, niż to sobie wystawili autorzy imprezy. Nikt się nie chciał bawić w „Do Yourself a Book” nie dlatego, że powstrzymywał się szlachetnie od znieprawiania cenności, ale po prostu dlatego, ponieważ między książką czwartorzędnego pismaka a epiką Tołstoja nie widział żadnej różnicy. Jedna pozostawiała go tak samo obojętnym jak druga. Jeśli nawet tkwiła w publiczce „chęć deptania”, to – z jej stanowiska – „nie było do deptania nic interesującego”.
[Stanisław Lem, „Do Yourself a Book”, recenzja fikcyjnej książki w tomie „Doskonała próżnia” (1971)]

Jak się okazuje, Lem nie uwzględnił kategorii dzieł literackich, które jednocześnie są obowiązkowymi lekturami szkolnymi, oraz tego, że nowe medium może dostarczyć odbiorcom gotowe zdeformowane wytwory, niewymagające żadnej fantazji ani fatygi do uzyskania podobnego przeinaczenia. A może jednak…?

Możemy zacytować przypuszczenie pewnego krytyka szwajcarskiego, który inaczej niż my wyłożył klęskę tego interesu. „Publiczność – powiedział – jest już zbyt rozleniwiona, żeby jej się chciało własnoręcznie nawet zgwałcić kogoś, rozbierać lub męczyć. To wszystko robią teraz za nią fachowcy”.
[Tamże]

środa, 16 września 2026

sobota, 12 września 2026

Inspiracje: Hetepet

W nowym domu Hetepet nie czuła się dobrze. Rodzina jej męża w jego obecności zachowywała się wobec niej poprawnie. Ale nic poza tym. W zasadzie mogła się tego spodziewać.

Jej mąż, Hekanacht, choć nie miał stanowiska nomarchy, wójta, ani nawet pisarza gminnego, zapewniał licznej rodzinie dostatnie życie. Pracował jako ,,sługa ka”, główny kapłan i zarządzający ziemią i personelem, dostarczającymi dochody i ofiary na rzecz pośmiertnego kultu przy grobowcu jego pracodawcy, królewskiego wezyra. W zamian otrzymał ziemię, podległych ludzi, stada, z których mógł korzystać jak z własnych. Oraz przekazać spadkobiercom.

W gospodarstwie Hekanachta mieszkała jego matka Ipi, owdowiała siostra, imienniczka Hetepet, każda ze swą służką; jego synowie, zarządca domu Merisu, zastępca zarządcy… A przy tym Hekanacht musiał pełnić swoje obowiązki w Tebach, na południu, podczas gdy rodzinny majątek znajdował się w oazie Fajum. Po wyjeździe jej męża domownicy nie kryli już swojej niechęci, ba! wrogości wobec Hetepet. Merisu nie dopuszczał do niej fryzjerki ani innych dochodzących, pokojówka Senen, przywiązana do poprzedniej żony Hekanachta, nie ustawała w złośliwościach. Zaniepokojony pan domu upominał w kolejnych listach rodzinę i zarządcę, że nękanie jego żony jest jak atak na niego samego…


*

Drugim mężem Agathy Christie, autorki bestsellerowych kryminałów, był Max Mallowan, archeolog, którego poznała w 1930 na wykopaliskach w Ur i któremu wielokrotnie towarzyszyła w badaniach archeologicznych w Mezopotamii. Po wybuchu wojny Max Mallowan służył w Królewskich Siłach Powietrznych razem ze Stephenem Glanvillem, utalentowanym egiptologiem. Glanville został przyjacielem domu i pewnego dnia zaproponował Agacie Christie napisanie powieści kryminalnej rozgrywającej się w starożytnym Egipcie. Pożyczył jej kilkanaście książek źródłowych, niestrudzenie odpowiadał na pytania o szczegóły życia codziennego sprzed wieków. Niekiedy w poszukiwaniu odpowiedzi przeglądał tuzin książek. A pomysł wziął się od listów Hekanachta, odkrytych podczas wykopalisk w Deir el-Bahari w 1922.

W roku 1944 ukazała się powieść Zakończeniem jest śmierć, jedyny kryminał Agathy Christie, którego akcja nie rozgrywa się w XX wieku, ale w czasach starożytnych, w Egipcie epoki Średniego Państwa, około roku 2000 przed naszą erą.

Papirus z listem Hekanachta
Drugi list Hekanachta, ok. 1961–1917 p.n.e.;
Metropolitan Museum of Art, 22.3.517.

J. P. Allen, „The Heqanakht Papyri”.
Agatha Christie, „Zakończeniem jest śmierć”.

sobota, 5 września 2026

Testament Naunachte

Żyła 3200 lat temu. Mieszkała w osiedlu rzemieślników, budowniczych i artystów pracujących nad wykonywaniem i upiększaniem grobowców w Dolinie Królów. Wydano ją za mąż, gdy była młodą dziewczyną, miała niewiele ponad dwanaście lat. Jej mąż, Ken-her-chepesz-ef, mężczyzna po pięćdziesiątce, był głównym pisarzem osiedla. Po jego śmierci odziedziczyła kosztowności i nieruchomości i powtórnie wyszła za mąż, za rzemieślnika imieniem Chaemnun. Urodziła ośmioro dzieci, synów i córki. Będąc już w podeszłym wieku, w trzecim roku panowania Ramzesa V, czyli w roku 1145 p.n.e., nakazała sporządzenie testamentu.

Piąty dzień czwartego miesiąca pory achet, trzeciego roku panowania Jego Wysokości, Pana Obu Krajów, User-Maat-Re Secheperen-Re, Życie, Siła, Zdrowie (…)

Tego dnia pani Naunachte sporządziła spis swojego majątku przed sądem w składzie: główny rzemieślnik Nachte-em-Mut, główny rzemieślnik In-her-chau, pisarz królewskiego grobowca Imen-nacht, pisarz Hor-seri (10 dalszych imion).

Powiedziała: Jestem wolną kobietą. Wychowałam tych ośmioro sług waszych i wyposażyłam ich we wszystko, co przyjęte dla ludzi ich stanu. Teraz spójrzcie, zestarzałam się, i spójrzcie, nie dbają o mnie. Co do tych, którzy włożyli ręce w moje ręce, dam im mój majątek; ale co do tych, którzy nic mi nie dali, im nie dam ze swojego majątku.

Lista mężczyzn i kobiet, którym dała: rzemieślnik Maa-nachte-ef, rzemieślnik Ken-her-chepesz-ef. Powiedziała: „Dam mu brązową misę do mycia jako nagrodę ponad pozostałych, wartą 10 worków pszenicy”; rzemieślnik Amen-nachte, pani Waset-nachte, pani Menet-nachte. Co do pani Menet-nachte, powiedziała o niej: „Będzie mieć udział w całym moim majątku oprócz oipe pszenicy, który dali mi trzej moi synowie i pani Waset-nachte, oraz mojego oleju hinu, który tak samo mi dali”.

Lista jej dzieci, o których powiedziała: „Nie będą mieć udziału w mojej jednej trzeciej, lecz tylko w dwu trzecich swojego ojca”: rzemieślnik Nefer-hotep, pani Manet-nachte, pani Henut-senu, pani Cha-tane-bu. Co do tych czterech moich dzieci, nie będą one mieć udziału w moim majątku. Co do całości majątku pisarza Ken-her-chepesz-efa, mojego (pierwszego) męża, a także jego nieruchomości i spichlerza mojego ojca, a także tego oipe pszenicy, którą zebrałam z moim mężem, nie będą mieć w nich udziału. Ale tych ośmioro moich dzieci otrzyma udział w majątku swojego ojca na równych warunkach.

Papirus z testamentem Naunachte
Testament Naunachte; Ashmolean Museum w Oksfordzie, AN1945.97.4.

sobota, 22 sierpnia 2026

Biedak z Nippur

W mieście Nippur mieszkał biedny człowiek imieniem Gimil-Ninurta. Choć ciężko pracował, nie miał złota ani srebra, a naczynie na zboże w jego domu świeciło pustkami. Chodził spać głodny. Nosił jedną szatę, nie miał innej na zmianę. Pewnego razu wypadło mu ugościć znajomych. Cóż począć? „Zdejmę szatę i kupię za nią owieczkę”, pomyślał i udał się na targ. Sprzedał szatę i z ledwością udało mu się kupić za nią trzyletnią kozę. Kiedy wrócił do domu, zauważył ze smutkiem: „Będę miał mięso, ale jak podejmę gości bez piwa?”.

Nie miał już niczego, co mógłby sprzedać. Poszedł więc do rządcy miasta. „Kiedy przyprowadzę kozę jako podarek, rządca odwzajemni się hojnym darem, jak przystoi”. Przed bramą zatrzymał go odźwierny Tukulti-Enlil: — Kim jesteś, po co przychodzisz? — Chcę wejść, spotkać się z rządcą, podarować mu kozę. Poszedł Tukulti-Enlil do rządcy: — Panie, czeka mieszkaniec, przyprowadził ci kozę w podarku. — Czemuś go wpuścił? — rozgniewał się rządca. Gimil-Ninurta wszedł i pozdrowił rządcę: — Niech Enlil i całe Nippur błogosławią cię, panie, Ninurta i Nusku niech cię obdarzą przychylnością! — Czym zawiniłeś, coś złego uczynił, że przynosisz mi podarek? — Niczym panie. Jestem biedny, sprzedałem swą jedyną szatę, by kupić tę oto kozę na ucztę na przyjaciół, ale nie mam już za co kupić piwa. Ty, panie, jesteś opiekunem miasta, do ciebie przyszedłem z podarkiem, by nie byli zawiedzeni i zagniewani na mnie moi przyjaciele, że nie będzie uczty. Rządca rozzłościł się i powiedział do sługi: — Daj temu człowiekowi kości i ścięgna, nalej mu cienkiego piwa, a potem odpraw, wyrzuć go za bramę! Tak też się stało, a Gimil-Ninurta, wychodząc z bramy, powiedział do odźwiernego: — Pozdrowienia twemu panu. Powiedz mu, że za swoją krzywdę odpłacę mu potrójnie. Rządca, kiedy to usłyszał, śmiał się przez cały dzień.

Poniżony Gimil-Ninurta opuścił miasto i poszedł do pałacu władcy. Kiedy wszedł przed oblicze króla, pokłonił się nisko. — Panie, królu świata, opiekunie ludu, niech z twego rozkazu mi dadzą wóz jak dla możnych i piękną szatę, a za dzień przyniosę ci w zapłacie minę złota. Dali mu nowy wóz jak dla możnych i piękną szatę. Gimil-Ninurta wsiadł do wozu i wyruszył z powrotem, a zanim przybył do Nippur, po drodze złapał dwa ptaki i zamknął je w drewnianej skrzynce, którą zapieczętował swoją pieczęcią.

Zajechał pod siedzibę rządcy, który wyszedł na spotkanie dostojnego gościa: — Witaj w mych progach, panie! Kim jesteś, który przybywasz? — Przysłał mnie król, pan mój, przywożę złoto dla Ekur, świątyni Enlila. Rządca nakazał zabić owcę i wyprawił na cześć gościa wspaniałą ucztę. Trwała do późna, aż rządca rzekł: „Jakiż jestem zmęczony!”. Kiedy poszedł spać, Gimil-Ninurta najpierw upewnił się, że gospodarz twardo zasnął. Wtedy potajemnie wstał, otworzył skrzynkę i ptaki uleciały w niebo. O świcie rządca ujrzał skrzynkę z otwartym wiekiem. Wnętrze było puste. — Szukajcie! Szukajcie! Skradziono królewskie złoto dla Ekur! Złota nie znaleziono. Dostojny gość rządcy rozdarł szaty, po czym wpadł we wściekłość. — Pod twoim dachem skradziono królewskie złoto dla Ekur! Rzucił się na rządcę, okładając go ciosami, tłukąc po rękach i nogach, aż przerażony gospodarz błagał: — Panie, nie zabijaj, nie plam swych rąk krwią mieszkańca Nippur, podopiecznego Enlila! Kiedy dostojny gość się zmęczył i nieco ochłonął, rządca ofiarował mu dwie miny złota i nową szatę zamiast podartej. Gimil-Ninurta, wychodząc z bramy, powiedział do odźwiernego: — Pozdrowienia twemu panu. Powiedz mu, że za swoją krzywdę odpłaciłem mu raz; pozostały dwa razy.

Następnego dnia Gimil-Ninurta poszedł do balwierza. Kazał sobie ogolić lewą stronę głowy, jak zwykli golić głowę lekarze. Wziął misę z kadzidłem, po czym udał się do siedziby rządcy. Przed bramą zatrzymał go odźwierny Tukulti-Enlil: — Kim jesteś, po co przychodzisz? — Chcę wejść, spotkać się z rządcą, jestem lekarzem z Isin, biegłym w badaniu, gdzie jest choroba i cierpienia ciała. Kiedy wszedł i pozdrowił rządcę, wskazał mu wszystkie obolałe miejsca na jego ciele. Rządca zdumiał się i  powiedział do swoich sług: — Zaprawdę, ten jest mądrym lekarzem. — Panie mój — powiedział Gimil-Ninurta — moja sztuka lecznicza działa tylko w ciemności, tam gdzie nie ma dostępu, dokąd droga ciemna. Rządca udał się z nim do odosobnionej komnaty, w miejsce, do którego nikt nie wchodził, z dala od służby, od przyjaciół i towarzyszy. Tam Gimil-Ninurta zapalił kadzidło w misie i nakazał rządcy położyć się z szeroko rozłożonymi rękami i nogami. Wbił w ziemię pięć kołków, po czym przywiązał lewą rękę rządcy, przywiązał prawą rękę, przywiązał lewą i prawą nogę, i głowę. Wtedy zaczął go okładać pięściami, bił go po całym ciele, od stóp do głów. Pozostawił rządcę w komnacie, a wychodząc z bramy, powiedział do odźwiernego: — Pozdrowienia twemu panu. Powiedz mu, że za swoją krzywdę odpłaciłem mu dwa razy; pozostał jeden.

Kolejnego dnia Gimil-Ninurta udał się na rynek miasta, przechadzał się ulicami i wypatrywał wśród Czarnogłowych. Przyglądał się wszystkim ludziom, aż znalazł młodego człowieka podobnego do siebie. — To podarek dla ciebie za fatygę — powiedział mu. — Idź pod dom rządcy i wołaj głośno, żeby cię wszyscy słyszeli i  przybiegli: „Wróciłem! Wróciłem pod bramę, ja, człowiek z kozą!”. A kiedy się zjawią, lepiej szybko uciekaj. Młodzieniec poszedł, by uczynić, jak mu nakazano, a Gimil-Ninurta ukrył się pod mostem przy siedzibie rządcy i czekał. Na wołanie młodzieńca rządca ze sługami wybiegł przed bramę, rozejrzał się i rozkazał: — Niech wszyscy z mego domu, czy to mężczyźni, czy kobiety, czym prędzej biegną i schwytają człowieka z kozą, który tu był przed chwilą! Kiedy wszyscy rozbiegli się i szukali człowieka z kozą, rządca został sam przed domem. Gimil-Ninurta wyskoczył spod mostu i pochwycił rządcę. Przewrócił go i usiadł na nim, po czym zaczął go okładać pięściami, bił go po całym ciele, od stóp do głów. Przerażony rządca błagał o życie. W końcu Gimil-Ninurta przestał, podniósł się i powiedział: — Za swoją krzywdę odpłaciłem ci potrójnie. Odszedł w step, a rządca na wpół żywy wczołgał się do miasta.


Opowiastka mezopotamska wg tabliczek klinowych z Sultantepe (Huziriny), Niniwy i Nippur (SU 51/78, SU 52/252, K 3478, N 4022), datowanych na ok. 700 p.n.e.

środa, 19 sierpnia 2026

Różnica wieku

— To poważna sprawa? — zapytał mag. — Naprawdę chcesz się z nią ożenić? — Jaszne. Masz czoś przeciw temu? — Nie, skąd… Oczywiście, że nie, ale… rozumiesz, ona ma siedemnaście lat, a ty… ty… jakby to powiedzieć, ty jesteś już w podeszłym wieku. — Znaczy, pora mi się usztatkować? Rincewind z trudem dobierał słowa. — Jesteś od niej o siedemdziesiąt lat starszy, Cohenie. Czy masz pewność… — Wiesz, byłem już kiedyś żonaty. Mam dobrą pamięć — oświadczył z wyrzutem bohater. — Nie, widzisz, rzecz w tym, że… fizycznie, rozumiesz, chodzi o, no, różnicę wieku i w ogóle… to kwestia zdrowia, prawda, i… — Aha — mruknął Cohen. — Rozumiem, o czo ci chodzi. Wysziłek. Nie żasztanawiałem się nad tą kwesztią. — Na pewno nie… — Rincewind wyprostował się. — Ale w końcu tego się można spodziewać. — Dałeś mi do myślenia, trudno zaprzeczyć. — Mam nadzieję, że niczego nie popsułem. — Nie, nie — zapewnił Cohen. — Nie przepraszaj. Szłusznie zwróciłeś mi uwagę. Obejrzał się na Bethan, która mu pomachała, po czym spojrzał na gwiazdę świecącą poprzez mgłę. — Niebezpieczne czaszy — stwierdził w końcu. — To fakt. — Kto wie, czo przyniesie jutro? — Nie ja. Cohen poklepał Rincewinda po ramieniu. — Bywa, że trzeba zaryzykować. Nie obraź się, ale chyba mimo wszysztko żałatwimy ten ślub. A potem… — Zerknął na Bethan i westchnął. — Potem miejmy nadzieję, że nie zabraknie jej sił.


Terry Pratchett, „Blask fantastyczny”; przełożył: Piotr W. Cholewa.

sobota, 15 sierpnia 2026

Uważaj, z kim grasz

W filmie „Gwiezdne wojny”, tym, który początkowo nie nosił podtytułu i nie był jeszcze częścią cyklu, występuje scena z partią gry planszowej na statku kosmicznym „Sokół Millenium". Załoga statku składa się z przemytnika Hana Solo oraz jego kompana Chewbakki, mechanika i wojownika z humanoidalnej rasy Wookich: dwumetrowego siłacza pokrytego gęstym futrem na całym ciele. Chewbacca porozumiewa się, wydając pomruki, warknięcia i gardłowe ryki.

Razem z przemytniczą załogą statkiem lecą między innymi dwa roboty, droidy: przysadzisty, kopułkowaty R2-D2 oraz jego kolega, złocisty android C-3PO. Podczas podróży R2-D2 gra z Chewbaccą w holograficzną grę strategiczną z ruchomymi figurami potworów. C-3PO kibicuje. Kiedy R2-D2 zbija figurę Chewbakki, ten irytuje się i głośno ryczy.

C-3PO: Zrobił uczciwy ruch. Krzyki niczego nie zmienią.
Han Solo: Ustąp mu. Nie radzę denerwować Wookiego.
C-3PO: Ale, proszę pana, nikt się nie przejmuje, czy denerwuje droida.
Han Solo: Bo droidy nie wyrywają ludziom rąk, kiedy przegrywają. Wookiee są z tego znani.
[Chewbacca przeciąga się z uśmiechem]
C-3PO: Rozumiem, proszę pana. Proponuję nową strategię, R2: pozwól Wookiemu wygrać.

Trudno nie pomyśleć o tej rozgrywce, kiedy patrzy się na scenkę satyryczną namalowaną przez egipskiego artystę, przedstawiającą gazelę grającą w grę planszową z lwem.

Gazela grająca z lwem w gre planszową, fragment papirusu z epoki Ramessydów
Fragment papirusu z epoki Ramessydów, ok. 1250–1150 p.n.e.;
British Museum, EA10016,1; (c) The Trustees of the British Museum, CC BY-NC-SA 4.0.

środa, 12 sierpnia 2026

Kiedy twoja matka ma znajomości

Pewnego dnia popędliwy władca bogów Zeus w gniewie porwał się na swoją żonę Herę. W obronie matki stanął młody Hefajstos, ale został przez ojca pochwycony i zrzucony z Olimpu. Spadał z góry przez cały dzień. Przeżył upadek, lecz okulał. Cierpiącym Hefajstosem zajęły się dwie boginki wodne, Eurynome i Tetyda. Ukryły go przed bogami i ludźmi w nadmorskiej grocie, gdzie przez dziewięć lat doskonalił się w kowalstwie, aż nie miał sobie równych.

Tetyda była bardzo piękna, ale kiedy Zeus dowiedział się o przepowiedni, że jej syn przewyższy swego ojca — a pamiętał dobrze, że sam zdetronizował własnego ojca Kronosa — uzgodnił z Posejdonem, że należy ją wydać za jakiegoś śmiertelnika. Udało się uzgodnić małżeństwo Tetydy z Peleusem, królem Ftyi w Tesalii. Urządzono huczne wesele z udziałem bogów i bogiń, a dla uniknięcia nieprzyjemnej atmosfery postanowiono nie zapraszać na ucztę Eris, bogini niezgody. Która i tak się zjawiła i rzuciła pomiędzy zebranych jabłko z napisem „Dla najpiękniejszej”. O jabłko pokłóciły się Hera, żona Zeusa, oraz Afrodyta i Atena, jego córki. Zrozumiałe, że władca bogów nie miał zamiaru angażować się w poważny konflikt między kobietami w rodzinie, więc osąd powierzył Parysowi, młodemu pasterzowi spod góry Ida, który rychło potem okazał się trojańskim księciem. Każda z trzech bogiń usiłowała przekupić młodego sędziego, a kiedy udało się to Afrodycie, bogini miłości, obrażone Hera i Atena znienawidziły Parysa i wszystkich Trojan.

Ze związku Tetydy i Peleusa urodził się Achilles, najsłynniejszy grecki wojownik. Gdy przeciw Troi wyprawiły się sprzymierzone wojska Achajów, a wśród nich młody Achilles na czele Myrmidonów, Hera miała więcej niż jeden powód, by go wspierać.

W ostatnim roku wojny Patroklos, przyjaciel Achillesa, ruszył do walki przebrany w jego zbroję i niestety zginął z ręki Hektora, najdzielniejszego z Trojan. Na wiadomość o śmierci Patroklosa Achilles chciał natychmiast go pomścić. Tetyda powstrzymała go: nie miał przecież zbroi, zabranej przez Hektora. Obiecała, że Hefajstos sporządzi dla niego nową, wspaniałą zbroję, jak najszybciej:

Proszę, ty w żaden sposób nie mieszaj się w trud Aresowy,
aż mnie zobaczysz na własne oczy tutaj z powrotem.
Ja bowiem wrócę świtem, razem ze słońcem wschodzącym,
niosąc ci piękną zbroję wykutą przez Hefajstosa.
[„Iliada” XVIII 134-137; tłum. Robert Chodkowski]

Tetyda odeszła, nie wspominając synowi, że nie zdążyła jeszcze nawet porozmawiać w sprawie zbroi z Hefajstosem. Nie widziała się nim od lat, ale miał u niej dług wdzięczności. Wykuwanie zbroi miało potrwać do świtu, tymczasem jednak między Trojanami i Achajami wciąż trwała zażarta walka, a Achilles nie mógł w niej uczestniczyć, by przeważyć losy — nie miał zbroi!

A wtedy nagle przedwcześnie zaczął zapadać zmierzch…

Hera czcigodna, o wielkich oczach, wysłała Heliosa
niestrudzonego do wód Okeanu, choć on wracać nie chciał.
Helios tam skrył się, a boscy Achaje znowu przerwali
walkę okrutną i wojnę dotąd nierozstrzygniętą.
Z drugiej strony również Trojanie po ciężkich zmaganiach
się wycofali i szybkie konie z rydwanów wyprzęgli.
[XVIII 239-244]
Tetyda u Hefajstosa; rycina: Stefano della Bella, 1644
Tetyda u Hefajstosa; rycina: Stefano della Bella, 1644.

sobota, 8 sierpnia 2026

Virumque

Eneida Wergiliusza rozpoczyna się od słów:

Arma virumque cano

co się tłumaczy:

Broń i męża śpiewam

Forma „virum” to dopełniacz słowa „vir” oznaczającego mężczyznę, na polski zwykle tłumaczonego podniosłym archaizmem „mąż”. Ale słowa „virumque” nie znajdziemy w żadnym słowniku. Dodana na końcu rzeczownika cząstka „-que” nie tworzy bowiem nowego wyrazu.

Rzymianie mieli trzy zasadnicze sposoby łączenia w wypowiedzi elementów współrzędnych. Pierwszy to zwykły, codzienny spójnik „et”, odpowiednik naszego ‛i’, używany pomiędzy łączonymi wyrazami lub wyrażeniami. Drugi to podobny spójnik „atque”, z pewnym naciskiem, coś jak ‛oraz, a także’. Ostatnim sposobem jest dołączenie na końcu drugiego wyrazu (a nie pomiędzy wyrazami) niesamodzielnej cząstki „-que”, wyrażającej ważne powiązanie.

Podobnie jak niektóre polskie krótkie słowa stawiane po innych, łacińskie „-que” nie ma samodzielnego akcentu. Łączy się fonetycznie z poprzedzającym wyrazem i tworzy z nim akcentową całość, a przy tym przesuwa naturalny akcent. Wymawia się więc vi̲rum, z akcentem na vi, ale viru̲mque, z akcentem na rum.

Za pomocą „-que” można było łączyć nie tylko pojedyncze słowa, ale całe frazy, jak w dalszych słowach Eneidy:

Troiae qui primus ab oris Italiam, fato profugus, Laviniaque venit litora

Z Troi co pierwszy brzegów do Italii, losem wygnany, i lawińskich przybył wybrzeży

Oprócz „arma virumque cano” mamy jeszcze dwa bardzo znane przykłady łacińskiej konstrukcji z formantem spójnikowym „-que”.

Pierwszy to słynna formuła „Senatus Populusque Romanus”, skracana do „SPQR”, oznaczająca dosłownie „senat i lud rzymski”, rozpropagowana pod koniec republiki jako określenie państwa rzymskiego, opartego władzy patrycjuszowskiego senatu i plebejskiego ludu.

Drugim słynnym przypadkiem jest fragment formuły religijnej, mianowicie „filioque”, czyli „i Syna”. Kiedy na pierwszym soborze powszechnym, w Nicei, w roku 325, uchwalono pierwsze wyznanie wiary chrześcijańskiej, zawierało ono krótkie stwierdzenie „wierzę w Ducha Świętego”; na soborze konstantynopolitańskim w roku 381 rozbudowano je i znalazło się w nim między innymi: „który od Ojca pochodzi”. Z biegiem czasu w pismach teologów na Zachodzie pojawiały się sformułowania „od Ojca przez Syna” lub wręcz „od Ojca i Syna”, które miały podkreślać jedność osób Trójcy i wyprzedzająco piętnować poglądy bliskie arianizmowi. Długi czas nie budziło to krytyki ani sprzeciwów na Wschodzie. W średniowieczu taka poszerzona wersja znalazła się np. w wyznaniu wiary zapisanym na synodzie w Toledo i stopniowo łacińska formuła „qui ex Patre Filioque procedit” weszła do liturgii, recytowano ją podczas każdej mszy. Na Wschodzie pojawiały się zastrzeżenia, ale w formie dyskusji, nic poważnego. Aż wreszcie sprawa wybuchła, kiedy patriarcha Konstantynopola Focjusz, na tle sporu z papieżem o prawowitość swojego powołania, dołączył do sporu o jurysdykcję nad Kościołem Wschodu zarzut herezji. Między innymi potępił jako odstępstwo stosowanie w eucharystii kwaszonego chleba zamiast przaśnego, bez zakwasu, oraz dodanie do wyznania wiary „filioque”. Po czterech latach, za pontyfikatu następnego papieża, spór ustał, lecz w XI wieku wybuchł ponownie, z jeszcze większą siłą. W roku 1054 najwyżsi hierarchowie Wschodu i Zachodu, papież i patriarcha Konstantynopola, obłożyli się wzajemnie klątwami. Jak poprzednio, iskrą zapalną były spory polityczne, o jurysdykcję, ale jedną z najważniejszych wysuwanych równolegle rozbieżności teologicznych — kwestia „filioque”. W przeciwieństwie do schizmy w czasach Focjusza tym razem wielkiego rozłamu w chrześcijaństwie na Kościół wschodni i zachodni nie udało się zakończyć.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Nadejdą ciepłe deszcze

Nadejdą ciepłe deszcze, ziemi wonie
I lot jaskółek tnących nieba tonie;

I żaby w stawach zaśpiewają nocą,
Śliwy od bieli kwiecia zamigocą.

W połowie 1918 roku, kiedy wciąż nie było widać końca wyniszczającej Wielkiej Wojny, a w Ameryce i Europie zaczynała narastać śmiercionośna druga fala epidemii grypy hiszpanki, Sara Teasdale napisała wiersz pod tytułem There Will Come Soft Rains (Nadejdą ciepłe deszcze). Składał się z sześciu dwuwersowych zwrotek i ukazywał wiosenną naturę. Wyszedł drukiem w lipcowym numerze miesięcznika „Harper's Monthly Magazine”. Po wojnie, kiedy przestała już obowiązywać amerykańska ustawa zakazująca wyrażania opinii rzucających negatywne światło na wysiłek wojenny, autorka do tytułu dodała podtytuł: War Time, czyli „Czas wojny”, jednoznacznie wskazując czytelnikom, że mimo braku bezpośrednich odniesień do zniszczeń nie jest to poezja sielankowa.

Wiersz trafił do różnych zbiorów i antologii, zaś po kolejnej, drugiej wojnie światowej wykorzystał go w swoim tekście Ray Bradbury, autor opowiadań fantastyczno-naukowych. Jego opowiadanie nosiło taki sam tytuł jak wiersz, ukazało się 6 maja 1950 w wysokonakładowym tygodniku „Collier's”, znanym z publikacji bardzo krótkich tekstów prozą. Mieściło się na jednej stronie, w trzech szpaltach, z niewielką grafiką pośrodku. Dwa dni później z niewielkimi zmianami ukazało się drukiem w książce Bradbury’ego pt. Kroniki marsjańskie, zbiorze różnorodnych gatunkowo opowiadań (jest wśród nich nawet horror), ukazujących sceny z historii eksploracji i kolonizacji Marsa przez Ziemian, obejmującej lata 1999–2026. Książka wzbudziła entuzjazm czytelników i krytyki, stała się klasyką literatury fantastyczno-naukowej.

W wersji książkowej opowiadania There Will Come Soft Rains pominięto pierwsze dwa akapity, zbyt wiele zdradzające, oraz dodano miejsce akcji: miasteczko Allendale w Kalifornii. Zmieniono także czas akcji, obejmujący niecałą dobę. W pierwotnej wersji opisywane wydarzenia rozpoczynają się o siódmej rano 28 kwietnia 1985 roku, zaś w wersji książkowej jest to 4 sierpnia 2026 roku.

W wydaniu z roku 1997, kiedy blisko już było powieściowego roku 1999, przesunięto wszystkie daty opowiadań w Kronikach marsjańskich o 31 lat w przyszłość, do książki dodano także dwa później napisane teksty. Akcja nowelki Nadejdą ciepłe deszcze w najnowszych edycjach rozgrywa się 4 sierpniav2057.

Po polsku There Will Come Soft Rains ukazało się po raz pierwszy w wydanej w roku 1958 antologii „Rakietowe szlaki”; w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego nosiło tytuł „Nadejdą deszcze”. Od 1971 drukowano je w Kronikach marsjańskich w przekładzie Adama Kaski jako Nadejdą ciepłe deszcze, a od 1977 w tłumaczeniu Kronik przez Paulinę Braiter i Pawła Ziemkiewicza jako Łagodne spadną deszcze.

sobota, 1 sierpnia 2026

Dzień dłuższy od roku

Wenusjańska doba gwiazdowa trwa dłużej niż wenusjański rok. Potocznie i w uproszczeniu mówiąc: w pewnym sensie w przypadku Wenus dzień trwa dłużej niż rok. Wydaje się to absurdalne, niemożliwe, a jednak…

Rokiem dla danej planety jest jej okres orbitalny, czas, w jakim dokonuje ona jednego pełnego okrążenia wokół Słońca. W przypadku Wenus wynosi on 224 ziemskie dni (doby). Dobą gwiazdową dla danej planety jest jej okres obrotu, czas, w jakim dokonuje ona jednego pełnego obrotu wokół własnej osi. Dla Wenus wynosi on 243 ziemskie dni (doby) i jest to najdłuższy okres obrotu spośród wszystkich planet Układu Słonecznego.

Na tym jednak nie koniec niespodzianek, ponieważ w pewnym sensie okres obrotu Wenus wynosi minus (!) 243 dni ziemskie. Co miałoby to oznaczać, cofanie się czasu?

Wszystkie planety okrążają Słońce w tym samym kierunku, jak zawodnicy w wyścigu, każdy biegnący po własnym torze na stadionie. Żadna nie krąży „pod prąd” w stosunku do pozostałych. Jeśli spojrzelibyśmy na Układ Słoneczny „z góry”, to znaczy z bardzo dużej odległości, prostopadle do płaszczyzny orbity Ziemi i od strony, po której znajduje się północy biegun Ziemi — jak to się konwencjonalnie przedstawia na schematach — wówczas widzielibyśmy planety krążące wokół Słońca w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Z tej prawidłowości Laplace w XVIII wieku wysnuł przypuszczenie, że Układ Słoneczny powstał z jednego wirującego obłoku gazu, który pod wpływem tego wirowania i na skutek grawitacji stopniowo spłaszczył się i rozpadł na masywne centrum-Słońce oraz krążące wokół niego pierścienie, z których powstały planety.

Drugą prawidłowość obserwuje się w ruchu obrotowym planet wokół własnej osi. Niemal wszystkie planety kręcą się w tę samą stronę, w którą krążą wokół Słońca. Ruch wirowy na przykład Ziemi wokół własnej osi łączy się z jej ruchem obiegowym. Skutkiem tego podróżująca Ziemia musi obrócić się nie tylko o 360°, ale jeszcze nieco więcej, aby dla ziemskiego obserwatora Słońce znalazło się ponownie w tym samym punkcie (kierunku) na niebie. Tak jakby Słońce poruszało się po niebie wolniej niż to wynika z samego ruchu wirowego. Dlatego ziemska doba słoneczna wynosi o 4 minuty więcej niż doba gwiazdowa, czas jednego obrotu Ziemi (23h 56m = 23,93h).

ωS = ωRotacji-ωObiegu Ds = Dg 1-DgRg Ds = 23,93 1-23,9324·365,65 = 24

Jedynymi dwoma wyjątkami w wirowaniu wokół własnej osi są Uran oraz Wenus. Wenus, w odróżnieniu od Ziemi, obraca się wokół osi niemal prostopadłej do płaszczyzny swojej orbity, ale „wstecz”, w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. To powoduje, że na Wenus Słońce pojawia się ponownie w tym samym punkcie na niebie wcześniej, niż by to wynikało z samego czasu wykonywania obrotu przez planetę. Długość wenusjańskiej doby słonecznej jest więc mniejsza niż doby gwiazdowej, odwrotnie niż w przypadku Ziemi. Dla obserwatora na powierzchni Wenus między kolejnymi wschodami Słońca minęłoby zaledwie 117 ziemskich dni:

ωS = ωRotacji+ωObiegu Ds = 243 1+243224 = 116,7

Na dodatek, ponieważ planeta wiruje w przeciwnym kierunku niż Ziemia, na Wenus Słońce dobowo przesuwa się na niebie w przeciwnym kierunku, według ziemskiego układu kierunków wschodzi na zachodzie, a zachodzi na wschodzie.

Rotacja Ziemi i Wenus

piątek, 24 lipca 2026

Ukryte nawiązanie

W filmie „Faraon”, na podstawie powieści Bolesława Prusa, pojawia się scena, w której młody książę Ramzes podejmuje poselstwo asyryjskie. Ramzes siedzi na ozdobnym krześle, towarzyszą mu stojący po bokach dwaj kapłani w białych szatach oraz żołnierze w tle. Żołnierz po prawej ręce księcia trzyma ozdobioną wstążkami tyczkę, do której przymocowano pionową tabliczkę z zaokrąglonymi narożnikami i wzorzystym obrzeżem. Na tabliczce widnieją jeden pod drugim trzy znaki hieroglificzne. Wygląda na to, że tabliczka to kartusz, stylizowana owalna pętla z prostopadłą kreską na końcu, obwódka, którą oznaczano imiona faraonów. Znaki wewnątrz są więc imieniem koronowanego władcy Egiptu, przyjętym przy wstąpieniu na tron.

Kadr z filmu „Faraon” (1965)
Kadr z filmu „Faraon” (1965), reż. Jerzy Kawalerowicz.

Pierwszym od góry hieroglifem jest kółko, tarcza słoneczna, oznaczająca boga-Słońce Re. Drugi znak to siedząca sylwetka kobiety z pionowym piórem na głowie, oznaczająca Maat, boginię ładu, prawdy i sprawiedliwości, uważaną za córkę Re. Trzeci znak, przypominający literę „U”, wyobraża dwa symetryczne, uniesione w górę ramiona i oznacza ka, indywidualną energię życiową osoby, rodzaj duszy, odróżniającej żywe osoby od przedmiotów.

Wapienny odłamek z imieniem Maatkare w kartuszu
Wapienny odłamek z imieniem Maatkare w kartuszu;
Metropolitan Museum of Art, obiekt nr 32.3.268, foto: Anna-Marie Kellen.

Kiedy Egipcjanie używali zapisu w pionie, znaki czytano z góry na dół, więc wydawałoby się, że imię powinno brzmieć „Re-Maat-ka”. Jednak w zapisie hieroglificznym ze względów honorowych celowo przestawiano kolejność wyrazów. Kiedy zapisywano imiona, niektóre tytuły lub wyrażenia, w których występowało imię ważnego boga, wyraz „król” itp., odpowiedni znak umieszczano na początku, a odczytując tekst, wyrazy czytano we właściwej kolejności. W tym przypadku prawidłowo odczytane imię to „Maat-ka-Re”, co oznacza: „Sprawiedliwość [jest] duszą Re”.

Tego rodzaju imię-tytuł, powiązane z boginią, wskazuje raczej na kobietę niż mężczyznę. W istocie, znamy tylko trzy osoby historyczne o takim imieniu, wszystkie z nich to wysokiego rodu kobiety, ale tylko jedna zasiadała na tronie Egiptu. Imię tronowe Maatkare przyjęła Hatszepsut, sławna władczyni, która po śmierci męża najpierw rządziła jako regentka w imieniu nieletniego pasierba, Totmesa III, a następnie koronowała się na faraona. Panowała jako szósty król XVIII dynastii, w latach 1479–1457, kilkaset lat przed powieściowym Ramzesem.

Konsultantem naukowym filmu był wybitny polski egiptolog, profesor Kazimierz Michałowski. W czasie kiedy kręcono „Faraona”, stał na czele Polsko-Egipskiej Misji Archeologiczno-Konserwatorskiej, która na prośbę egipskiego ministerstwa kultury pracowała nad dokumentowaniem i rekonstrukcją wielkiej świątyni grobowej Hatszepsut w Deir el-Bahari.

O dziwo, w tekście powieściowego pierwowzoru również pojawia się imię Maatkare Hatszepsut, choć dużo później, w odpowiednim kontekście, po polsku i w zniekształconej formie. W jednym z ostatnich rozdziałów książki matka mówi do Ramzesa: „Kobiety naszemu państwu niejedną oddały usługę… Tylko przypomnij sobie królowę Nikotris za szóstej dynastii albo Makarę, która stworzyła flotę na Morzu Czerwonym!”

środa, 22 lipca 2026

Słowa już mam

Frank Budgen, angielski malarz i pisarz, obracał się w tych samych kręgach artystycznych w Zurichu, co James Joyce, który mieszkał tam i pracował twórczo podczas Wielkiej Wojny. Byli znajomymi, często się spotykali, a Joyce omawiał z nim różne kwestie artystyczne. Pewnego wietrznego wieczoru Budgen spotkał Joyce’a na Bahnhofstrasse:

Zapytałem o »Ulissesa«. Czy posuwa się do przodu?
— Pracowałem nad nim ciężko przez cały dzień — odparł Joyce.
— To znaczy, że sporo napisałeś? — upewniłem się.
— Dwa zdania.
Zerknąłem na niego, ale się nie uśmiechał. Pomyślałem o Flaubercie.
— Szukałeś najlepszych słów? — zapytałem.
— Nie — odpowiedział. — Słowa już mam. Szukam idealnej kolejności słów w zdaniu.


Frank Budgen, „James Joyce and the Making of 'Ulysses'”.

sobota, 18 lipca 2026

Upadek Elojów

na fasadzie pałacu dostrzegłem napis, złożony z nieznanych mi znaków. Pomyślałem sobie, co prawda bez wielkiego zastanowienia, że Weena pomoże mi go odczytać, lecz dowiedziałem się tylko, że nie miała najmniejszego pojęcia o czytaniu.
(…)
prowadząc Weenę, przeszedłem więc z tej galerii do innej, jeszcze większej, która na pierwszy rzut oka przypomniała mi kaplicę wojskową obwieszoną postrzępionymi sztandarami. Zorientowałem się jednak, że szare poszarpane łachmany, które zwisały z jednej i z drugiej strony galerii, są butwiejącymi szczątkami książek. Od dawna to wszystko gniło, rozłaziło się, rozsypywało i nie znać było już na tym żadnych śladów druku. Lecz tu i ówdzie spaczone okładki i popękane okucia metalowe dość wymownie opowiadały dzieje tego przybytku. Gdybym był literatem, moralizowałbym może na temat marności wszelkich ambicji; lecz w danych okolicznościach uderzył mnie tylko z gwałtowną mocą ogrom zmarnowanej pracy, o jakiej świadczyła ciemna otchłań butwiejącego papieru.

Kadr z filmu „Wehikuł czasu” (1960)
Kadr z filmu „Wehikuł czasu” (1960).

George Herbert Wells, „Wehikuł czasu”; tłum. Feliks Wermiński.

środa, 15 lipca 2026

Szklanka w połowie…

Na świecie istnieją podobno dwa rodzaje ludzi. Jedni, kiedy dostają szklankę dokładnie w połowie napełnioną, mówią: „Ta szklanka jest w połowie pełna”. Ci drudzy mówią: „Szklanka jest w połowie pusta”.

Jednakże świat należy do tych, którzy patrzą na szklankę i mówią: „Co jest z tą szklanką? Przepraszam bardzo… No przepraszam… To ma być moja szklanka? Nie wydaje mi się. Moja szklanka była pełna. I większa od tej!”.

A na drugim końcu baru świat pełen jest innego rodzaju osób, które mają szklanki pęknięte albo szklanki przewrócone (zwykle przez kogoś z tych, którzy żądali większych szklanek), albo całkiem nie mają szklanek, bo stały z tyłu i barman ich nie zauważył.


Terry Pratchett, „Prawda”; przeł. Piotr W. Cholewa.

sobota, 11 lipca 2026

Obcy

Wszędzie obcy jest sługą pośledniego człowieka.
Budzi gniew tłumu, choć nie zrobił nic złego.
Spotyka się z pogardą, choć im nie dokucza.
Musi wysłuchiwać wyzwisk i śmiać się jak z żartu.

Papirus Insigner
Papirus Insigner 28.18–21; I w. n.e.; Rijksmuseum van Oudheden w Lejdzie, F 95/5.1.

Papirus Insigner 28.18–21; I w. n.e.; Rijksmuseum van Oudheden w Lejdzie, F 95/5.1; tłum. wg Miriam Lichtheim.

środa, 1 lipca 2026

Po co są formalności

Trzy i pół tysiąca lat temu pewna kobieta imieniem Ilszu-hegal była właścicielką zabudowanej nieruchomości o powierzchni dwóch SAR (około 72 m²). Połowę tej nieruchomości sprzedała za 15 szekli srebra niejakiej Belessunu, zamężnej kapłance (naditum) boga Marduka. Mijał czas, aż w końcu Ilszu-hegal zażądała zwrotu nieruchomości, twierdząc, że do tej pory nie otrzymała całości uzgodnionych pieniędzy. Belessunu i jej mąż utrzymywali z kolei, że nic nie są jej winni. Ilszu-hegal wniosła sprawę do sądu.

Addi-liblut, mąż nabywczyni, jako pozwany w postępowaniu, oświadczył przed sądem, że jego żona kupiła nieruchomość i że ma akt sprzedaży. Powódka odpowiedziała, że rzeczywiście sprzedała nieruchomość, ale nie otrzymała za nią pieniędzy. Sędziowie poprosili, by udowodniła, że nie otrzymała zapłaty, przedstawiła świadków lub przynajmniej skrypt dłużny na niezapłaconą kwotę. Nie była w stanie tego zrobić. Wówczas mąż nabywczyni przedłożył sądowi oryginalną tabliczkę z umową, z odciśniętą osobistą pieczęcią sprzedającej, potwierdzającą otrzymanie zapłaty 15 szekli. Następnie przywołał świadków obecnych przy sporządzaniu dokumentu sprzedaży. Świadkowie zeznali przed sędziami i w obecności Ilszu-hegal, że w momencie zawierania transakcji otrzymała pełną kwotę. Zmuszona była przyznać, że mówią prawdę.

Za podważanie ważności własnej pieczęci sąd nałożył karę na Ilszu-hegal i surowo zakazał jej i wszystkim członkom jej rodziny dalszych roszczeń.

Tabliczka  TCL 1, 157 z protokołem sądowym
Tabliczka TCL 1, 157 z protokołem sądowym, ok. 1660 p.n.e., Muzeum w Luwrze.

piątek, 19 czerwca 2026

Wspaniały wąż, historia rozbitka

Egipskie opowiadanie Rozbitek to najstarsza znana opowieść żeglarska, fragment większej, niezachowanej całości. Przetrwało tylko w  jednym egzemplarzu, opatrzonym na końcu tekstu imieniem pisarza Amen-aa, jak się wydaje, autora, który wymyślił tę opowieść. Pochodzi z czasów początków XII dynastii, tj. sprzed 4000 lat.

Grupa Egipcjan powraca z południa, z ekspedycji do Nubii. Wyprawa musiała być nieudana, bo bohater pociesza dowódcę, że przecież wrócili cało i bez strat, po czym opowiada, jak kiedyś jako urzędnik królewski brał udział w ekspedycji morskiej do kopalni na Synaju. Zerwał się wiatr, powstały potężne fale. Burza zatopiła statek, ze 120-osobowej załogi ocalał tylko on jeden. Fale wyrzuciły go na bezludną wyspę, gdzie trzy dni przeżył samotnie, w kryjówce pod drzewem. Kiedy ośmielił się ją opuścić w poszukiwaniu jedzenia, wyspa okazała się obfitować w mnogość różnego rodzaju owoców i warzyw, ryb i ptactwa. Pewnie mieszkałby na cudownej wyspie do końca życia, gdyby nie nagłe wydarzenie:

Wtem usłyszałem grzmiący odgłos, zdawało mi się, że to morska fala. Drzewa zatrzeszczały, a ziemia zatrzęsła się. Gdy odsłoniłem twarz, okazało się, że to wąż się zbliżał. Mierzył 30 łokci, jego broda liczyła więcej niż dwa łokcie, ciało miał pokryte złotem, a brwi jego były z prawdziwego lapis-lazuli.

Wygiął się do przodu, otworzył do mnie paszczę, a ja leżałem przed nim na brzuchu. Rzekł do mnie:

— Co cię tu przywiodło, co cię tu przywiodło, maleńki, co cię tu przywiodło? Jeśli będziesz zwlekał z odpowiedzią, co cię przywiodło na tę wyspę, sprawię, że ujrzysz siebie obróconego w popiół — zamienionego w coś, czego nie można zobaczyć.

— Mówisz do mnie — odezwałem się — a ja nie słyszę, leżę przed tobą i niczego już nie rozumiem.

Wtedy wziął mnie w paszczę i zaniósł do swojego legowiska. Ułożył mnie, nie uczyniwszy żadnej szkody; byłem nietknięty i w niczym nie ucierpiałem. Otworzył do mnie paszczę, a ja leżałem przed nim na brzuchu. Rzekł mi:

— Co cię tu przywiodło, co cię tu przywiodło, maleńki, co cię tu przywiodło na tę wyspę wśród morza, której wybrzeża obmywa toń?
Ośmielony rozbitek opowiada wężowi o tym, jak został wysłany jako wysłannik króla i jak statek uległ katastrofie. W odpowiedzi na to wąż pociesza go, że nie umrze na obczyźnie: za cztery miesiące przybędzie na wyspę statek z jego rodzinnych stron i zabierze go do kraju. Po czym… wąż opowiada mu historię ze swojego własnego życia:
Jak radośnie temu, kto opowiada, czego doświadczył, gdy już minęły okropne wypadki. Opowiem ci więc o czymś podobnym, co się zdarzyło na tej wyspie, gdy tu jeszcze mieszkałem ze swoimi braćmi, wśród których znajdowały się też dzieci. Było nas razem 75 wężów: dzieci moich i braci moich…

Historia rozbitka to najstarsza w literaturze światowej opowieść o kompozycji szkatułkowej.


„Rozbitek”, tłum. literackie: Tadeusz Andrzejewski [w:] „Opowiadania egipskie”.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Faraon z paszportem

Najdłużej panującym królem starożytnego Egiptu był Ramzes II Wielki, najwybitniejszy władca okresu Nowego Państwa, często uważany za największego i najpotężniejszego faraona w całej historii Egiptu. Panował 66 lat, umacniając i poszerzając odziedziczone imperium. Poprowadził kilkanaście kampanii wojennych, z królem Hetytów Hattusilisem III wynegocjował i zawarł traktat o pokoju i współpracy, najstarszy zachowany traktat w historii. Wsławił się budową monumentalnych świątyń i pomników w całym kraju. Kiedy zmarł, miał około 90 lat.

Pochowano go w Dolinie Królów, w wykutym w zboczu skalnym podziemnym grobowcu, złożonym z kilku korytarzy i komór. Niestety, za panowania jego następcy sytuacja kraju bardzo się pogorszyła i wybuchł strajk w pobliskiej osadzie rzemieślników, pracujących przy wykonywaniu i upiększaniu królewskich grobowców. Pierwszy znany nam w historii strajk.

Pracownicy nie otrzymali przysługujących im co miesiąc racji żywnościowych, pszenicy na mąkę, jęczmienia na piwo, warzyw i owoców. Mimo ponawianych próśb i apeli do miejscowych urzędników minęły ponad dwa tygodnie po terminie i robotnicy nadal nie mieli czym wyżywić siebie i swoich rodzin. Zaczęli od opuszczenia wioski i demonstracji, potem rozpoczęli strajk okupacyjny przy jednej ze świątyń grobowych. Wzywali urzędników do powiadomienia wezyra i faraona, zajęli część Ramesseum, kompleksu świątyń grobowych Ramzesa. Gdyby sytuacja się zaostrzyła, kto wie, do czego by się posunęli. Już dwaj z nich usiłowali włamać się do grobowca Ramzesa II, usuwając kamienne bloki nad wejściem. Ostatecznie pracownikom wypłacono zaległe racje żywnościowe, ale problem pozostał — spichlerze nie były tak pełne jak kiedyś.

Kryzys gospodarczy u schyłku okresu Nowego Państwa, za panowania Ramzesa IX i Ramzesa X, nasilił się do tego stopnia, że bieda i głód popchnęły w końcu okolicznych mieszkańców do prób plądrowania królewskich grobowców. Raz rozpoczęty proceder nabrał masowego charakteru, nie zważano przy tym nawet na świętość samych ciał, które odzierano z kosztowności. Na dodatek grobowiec Ramzesa II został wykonany w nietypowym miejscu, w obniżeniu doliny, i co jakiś czas podtapiały go wody burzowe spływające ze zboczy. Trudno więc powiedzieć, który z tych czynników zadecydował, że za panowania Ramzesa XI kapłani przenieśli ciało Ramzesa Wielkiego i złożyli je w grobie jego ojca, Setiego. Sto lat później znowu je przeniesiono, tym razem do tzw. skrytki w dolinie Deir el–Bahari, gdzie w głębokim, dobrze ukrytym grobowcu skalnym kapłani dla ochrony przed rabusiami pochowali mumie kilkudziesięciu dawnych władców, zebrane z ich miejsc pochówków. Ciało Ramzesa II owinięto w nowe bandaże, zaopatrzono w inskrypcje opisujące jego losy i złożono w drewnianej trumnie.

Tajny zbiorowy grobowiec pozostał bezpieczny przez 3000 lat. W XIX wieku przypadkowo odkrył go pewien pasterz z pobliskiej wioski. Który niezwłocznie, razem z rodziną, zajął się jego plądrowaniem. Kiedy sprawa wyszła na jaw i zajęły się nią władze, grobowiec zbadali archeolodzy, a wszystkie mumie przewieziono do Muzeum Egipskiego w Kairze.

Mumia Ramzesa spoczywałaby w nowym miejscu spokojnie, ale w roku 1975 francuski uczony odkrył, że jej stan się pogarsza, groziło jej zniszczenie. Kilka miesięcy później prezydent Francji nakłonił władze egipskie do wysłania jej do Francji na konserwację, obiecując, że nie zostanie przy tym potraktowana jak zwykły przedmiot, stela czy posąg, ale z szacunkiem i pełnymi honorami, jak ciało zmarłego władcy.

We wrześniu 1976 roku, po dopełnieniu wszystkich formalności, wojskowy samolot z mumią Ramzesa Wielkiego wylądował we Francji. Na płycie lotniska oczekiwała asysta honorowa wojsk lotniczych i Gwardii Republikańskiej oraz pani sekretarz stanu ds. nauki, reprezentująca rząd podczas ceremonii powitalnej. Wygłosiła krótkie przemówienie, w którym oddała hołd szczątkom „jednego z najwybitniejszych władców starożytności” i podziękowała rządowi Egiptu za zaufanie. Kompanie honorowe prezentowały broń. Powitanie transmitowała państwowa telewizja.

Mumię przewieziono do specjalnie urządzonego laboratorium, gdzie przez kolejne miesiące poddano ją dokładnym badaniom, konserwacji i napromieniowaniu, żeby pozbyć się rozmaitych grzybów, którymi była zainfekowana. Na koniec ciało Ramzesa wróciło do kraju i ponownie spoczęło w Muzeum Egipskim.

W różnych miejscach można napotkać stwierdzenie, że na wjazd do Francji władze Egiptu wystawiły Ramzesowi paszport, wymagany francuskim prawem, a nawet krąży rzekome zdjęcie tego dokumentu. Opowieściom o „paszporcie Ramzesa” na ogół towarzyszy wyjaśnienie, że zgodnie z francuskim prawem każda osoba, żywa czy martwa, na wjazd do Francji potrzebuje oficjalnych, imiennych dokumentów, paszportu, więc władze Arabskiej Republiki Egiptu sporządziły taki dokument, z imieniem, zdjęciem oraz wpisem w odpowiedniej rubryce: „król (zmarły)”.

Naturalnie na wwóz zwłok do Francji, podobnie jak do innych krajów, wymagane są zupełnie inne dokumenty, a nie paszport zmarłego; swoją drogą mumie co do formalności traktowano jak zabytkowe przedmioty. Chociaż może się zdarzyć, że ktoś z muzealników użyje przenośnie i obrazowo słowa „paszport” (na piśmie: w cudzysłowach) na określenie ogółu dokumentów niezbędnych do wywozu i przywozu zabytków, to z pewnością nie ma na myśli znaczenia dosłownego.

Zdjęcie to falsyfikat, sporządzony w czasach internetu, zaś żadnego dokumentu związanego z przewiezieniem mumii Ramzesa nigdy nie ujawniono opinii publicznej, tak samo jak nie ujawnia się w innych przypadkach.

Jak to się czasem zdarza, miejska legenda o paszporcie dla faraona nie jest całkiem bezwartościowa — przypomina o historii ratowania szczątków jednego z najpotężniejszych królów Egiptu.

sobota, 30 maja 2026

Na ramionach olbrzymów

Isaac Newton już za życia zyskał sobie wielką sławę i uznanie. W swojej głównej pracy, wydanych w 1687 Matematycznych zasadach filozofii naturalnej, sformułował trzy zasady dynamiki, stanowiące fundamenty mechaniki klasycznej, oraz prawo powszechnego ciążenia. Łącznie cztery proste, uniwersalne reguły, które pozwalały wyliczać wszelkie ruchy ciał, na ziemi, jak i na niebie. Zajmował się fizyką, matematyką, astronomią. Jako drugi uczony w historii Brytanii, po Francisie Baconie, otrzymał za swoje zasługi tytuł szlachecki. Kiedy zmarł, wyprawiono mu państwowy pogrzeb, pierwszy w historii kraju tego rodzaju pochówek honorujący człowieka za jego zasługi naukowe. W orszaku pogrzebowym podążał Lord Kanclerz, książęta, hrabiowie, członkowie naukowego Towarzystwa Królewskiego, za osobistościami tłumy drobnej szlachty, rzemieślników, kupców, zwykłych ludzi. Trumnę na ponad tydzień wystawiono na widok publiczny w londyńskim Opactwie Westminsterskim, świątyni, w której od średniowiecza koronowano królów Anglii i gdzie ich chowano. Ciało Newtona złożono pod pomnikiem nagrobnym w głównej nawie.

Swoje prace Newton publikował po łacinie, w międzynarodowym języku nauki swojej epoki, jednak najbardziej znany cytat jego słów nie pochodzi z żadnego z jego dzieł naukowych ani nie został napisany po łacinie. W liście z lutego 1675 do swojego rywala, przyrodnika i astronoma Roberta Hooke’a (tego od prawa sprężystości), pisał o jego i własnych eksperymentach i hipotezach optycznych:

What Des-Cartes did was a good step. You have added much several ways, & especially in taking the colours of thin plates into philosophical consideration. If I have seen further it is by standing on the shoulders of Giants

To, co zrobił Descartes, było dobrym krokiem. Wniósł pan wiele na różne sposoby, zwłaszcza biorąc pod filozoficzną rozwagę kolory cienkich płytek. Jeśli dalej sięgnąłem wzrokiem, to dlatego że stałem na ramionach olbrzymów

Rzeczywiście, Newton bazował na osiągnięciach i ideach swoich poprzedników, myślicieli i uczonych, którzy przez wieki stopniowo doprowadzili rozwój myśli i wiedzy naukowej i matematycznej do miejsca, od którego ją kontynuował. Wiedział, ile zawdzięcza tym, którzy byli przed nim.

Od połowy XIX wieku, kiedy opublikowano ten list, fraza Newtona stała się znana i często przytaczana. Ale najciekawsza jest jej historia.

Trzydzieści lat przed Newtonem, w 1647, w przedmowie do swojej pracy Nowe doświadczenia nad próżnią Pascal wyraził tę samą myśl:

możemy teraz przyjmować inne uczucia i nowe poglądy bez lekceważenia i niewdzięczności, ponieważ wiedza, którą nam dali, posłużyła jako stopnie do naszej własnej, a przewagę, jaką nad nimi mamy, zawdzięczamy im; ponieważ wzniesieni do poziomu, do którego nas wynieśli, z najmniejszym wysiłkiem możemy wspiąć się wyżej i z mniejszym trudem i mniejszą chwałą znajdujemy się ponad nimi. Z tej perspektywy możemy odkryć rzeczy, których oni nie mogli dostrzec.

Kilka lat wcześniej, w 1634, Mersenne, filozof i matematyk (ten od liczb Mersenne’a), znajomy Fermata i Pascala, przyjaciel Kartezjusza, napisał w Zagadnieniach harmonicznych:

…jak powiadają, łatwo, a nawet należy widzieć dalej niż nasi poprzednicy, gdy wspięliśmy się na ich barki…

Jeszcze wcześniej, w 1624, angielski humanista Robert Burton w Anatomii melancholii stwierdzał:

powiadam za Didacusem Stellą, iż karzeł stojący na ramionach olbrzyma widzi dalej niż sam olbrzym.

Didacus Stella to łacińskie miano Diega de Estella, hiszpańskiego franciszkanina i humanisty. Użył cytowanego sformułowania w 1575 w swoim komentarzu do ewangelii pt. Enarrationes in Evangelium secundum Lucam, dzieła, z powodu którego miał kłopoty z inkwizycją.

Aż wreszcie…

W roku 1159 Jan z Salisbury, średniowieczny angielski filozof i uczony, w taki sposób wspomniał w swoim traktacie Metalogicon o dawno nieżyjącym nauczycielu swojego mistrza, Bernardzie z Chartres (zm. ok. 1125):

Bernard z Chartres mawiał, że jesteśmy niczym karły stające na ramionach gigantów, żeby widzieć więcej i dalej niż oni, nie dzięki bystrości własnego wzroku ani wielkiemu wzrostowi, lecz dlatego, że podnosi nas i wywyższa wielkość owych olbrzymów.

Jak widać, również samo zdanie, że widzimy więcej, bo stoimy na ramionach olbrzymów, Newton zawdzięczał dawnym „olbrzymom”.

środa, 27 maja 2026

Kirinyaga

Ngai jest stwórcą wszystkiego, co istnieje. Stworzył lwa i słonia, bezkresną sawannę i wyniosłe góry, Kikuju, Masajów i Wakambów.

Nic dziwnego zatem, iż ojciec mego ojca, a także ojciec jego ojca wierzył, że Ngai jest wszechmocny. Potem jednak przybyli Europejczycy, którzy wybili wszystkie zwierzęta, pokryli sawanny swoimi fabrykami, a góry — miastami, wchłonęli Masajów i Wakambów, póki pewnego dnia ze wszystkich dzieł Ngai nie pozostali jedynie Kikuju.

I właśnie pośród Kikuju Ngai wydał ostatnią walkę bogu Europejczyków.
[Mike Resnick, „Kirinyaga”, przeł. Paulina Braiter]

W roku 1987 Orson Scott Card, autor wydanej dwa lata wcześniej powieści Gra Endera, która zdobyła nagrody Hugo i Nebula, zwrócił się do Mike’a Resnicka z prośbą o napisanie opowiadania. Planował wydanie antologii tekstów napisanych przez różnych autorów fantastyki, dziejących się w jednym wspólnym świecie. Miał to być świat przyszłości, w którym istnieją przysposobione do życia sztuczne planetoidy, a rozmaite grupy ludzi mogą się na nich osiedlać, żeby stworzyć na tych nowych światach nowe, lepsze społeczeństwa. Jeśli komuś nie podobałoby się życie w takiej społeczności, mógł ją swobodnie opuścić i udać się gdzie indziej.

Jeszcze w tym samym roku Resnick napisał dla Carda opowiadanie Kirinyaga i uzgodnił z nim, że wyda je wcześniej osobno. Ukazało się w 1988 jako główny tekst listopadowego numeru miesięcznika „The Magazine of Fantasy and Science Fiction”. Autor tymczasem udał się do Kenii, gdzie przyszedł mu do głowy pomysł na kolejne opowiadania, samodzielne, ale jednocześnie składające się na kolejne rozdziały przyszłej powieści.

Kirinyaga została w roku 1989 zwyciężczynią nagrody Hugo w kategorii krótkich form, była nominowana do nagród Nebula oraz Locus.

W kolejnych latach Resnick publikował następne teksty cyklu, nominowane do prestiżowych nagród literatury s-f, w tym Manamouki, która zdobyła nagrodę Hugo i nominację do Nebuli. Wreszcie w roku 1998 wydał złożoną z nich powieść Kirinyaga. Książka i jej rozdziały-opowiadania zdobyły łącznie kilkadziesiąt nagród i nominacji w różnych konkursach i plebiscytach.

W Polsce Kirinyaga ukazała się w roku 1998, w tłumaczeniu Pauliny Braiter. Miała do tej pory tylko jedno wydanie.

Antologia zaplanowana przez Carda nigdy nie wyszła drukiem.

sobota, 16 maja 2026

Baucis i Filemon

Pewnego razu władca bogów Zeus i jego syn Hermes przyjęli postacie zwykłych ludzi, zstąpili z Olimpu i wędrowali po ziemi. Ściemniało się, zapadał wieczór, zaszli więc do pobliskiej wioski i prosili o nocleg. Daremnie jednak pukali do kolejnych chat, wszędzie zatrzaskiwały się przed nimi drzwi, gdy w imię świętej gościnności prosili o schronienie. Dopiero na samym krańcu wioski, w ubogiej chatynce, krytej słomą i trzciną, otworzono im i serdecznie przyjęto. Chatka należała do stareńkiej Baucis i jej równie sędziwego męża Filemona. Tu mieszkali od młodości, tu się razem zestarzeli. Ubóstwo znosili pogodnie, nie było dla nich ciężarem. Zakrzątnęli się oboje, przynieśli rzepy z ogródka, zdjęli spod powały długo tam wiszący połeć słoniny, odcięli solidny kawałek, ogień pod kociołkiem podsycili, pachnącą miętą stół przetarli. Podjęli gości sałatą, rzodkwią, orzechami, jabłkami, ciepłym posiłkiem i młodym winem. Aż tu widzą, że ile razy drewniane kubki napełnią, wina w dzbanku przybywa i znów pełny.

Zląkł się Filemon, zatrwożyła się Baucis, składają ręce i proszą o wybaczenie, że uczta taka skromna, oni nieprzygotowani na przyjęcie dostojnych gości. Jedyną swoją gąskę, jaką mieli, chcą zarżnąć dla boskich gości, ale gęś umyka, trudno ją dogonić staruszkom. Wreszcie uciekający ptak chroni się u samych bogów. Zakazują go zarzynać i nie tają już dłużej, kim są.

Wyprowadzają gospodarzy z chatki na pobliskie wzgórze. Z trudem wspinają się staruszkowie na strome zbocze. Prawie u szczytu obejrzeli się oboje i ujrzeli, że cała wioska została zalana falami powodzi, w której zginęli niegościnni mieszkańcy. Tylko ich jedna chatka ocalała. Chatka na ich oczach zamienia się w świątynię, ze słupków powstają kolumny, słomiana strzecha połyskuje złotem, gliniana podłoga zmienia się w lśniący marmur.

„Czego pragniecie?”, pyta ich Zeus. Mąż i żona szepczą ze sobą przez chwilę. Chcieliby oboje służyć bogom w tej świątyni jako kapłan i kapłanka, a kiedy śmierć miałaby dosięgnąć jedno z nich, pragną umrzeć razem, by jedno nie grzebało i nie opłakiwało drugiego.

Ich prośba została wysłuchana. Doglądali świątyni do końca życia. Pewnego dnia, gdy stali u stóp świątyni, Baucis nagle spostrzegła, że Filemon okrywa się liściem; Filemon ujrzał Baucis w zieleń liści odzianą. Zdążyli się pożegnać, zanim ich usta pokryła kora. Filemon zamienił się w dąb, Baucis w lipę, splecione ze sobą.

Baucis i Filemon, ilustracja Arthura Rackhama
Baucis i Filemon, ilustracja Arthura Rackhama
z książki Nathaniela Hawthorne’a „A Wonder Book for Girls and Boys”, 1922.

Owidiusz, „Metamorfozy”, 640–720; przeł. Anna Kamieńska i Stanisław Stabryła.

środa, 13 maja 2026

Maat

Maat nie przypominała popularnych egipskich bogiń i bogów. Nie była jak Izyda, łagodna opiekunka rodziny i macierzyństwa, ani jak Bastet, żywiołowa kocia bogini miłości, radości i tańca. Ani jak Sachmet-lwica, bogini wojny, ani swojska, domowa Tauret, opiekunka rodzących i niemowląt. Ani też jak słoneczny Ra, ani jak Ozyrys, pan świata zmarłych.

Symbolem Maat było delikatne, strusie pióro, przedstawiano ją jako kobietę z piórem zatkniętym za przepaskę na włosy i sterczącym ponad jej głową.

Ucieleśniała jedno z centralnych pojęć cywilizacji egipskiej, pojęcie nieprzetłumaczalne, które potrafimy oddać tylko jako połączenie kilku innych, dla nas odrębnych. Ponieważ w tekstach często występuje wyrażenie „czynić Maat”, w największym uproszczeniu Maat bywa nazywana po prostu boginią uosabiającą sprawiedliwość. Pod tym względem przypominałaby więc grecką Temidę, do dziś wyobrażaną, zwłaszcza w sądownictwie, jako kobieta z przepaską na oczach, trzymająca w jednej ręce wagę szalkową, którą „waży” dobre i złe uczynki, a w drugiej miecz, by móc wymierzać karę. Taka sama waga szalkowa, choć znacznie większa, występuje w egipskich przedstawieniach sceny tzw. Ważenia Serca, pośmiertnego sądu nad duszą zmarłego w zaświatach. Na jednej szali spoczywa serce zmarłego, na drugiej pióro Maat. Jeśli wynik wypadnie pomyślnie, Thot, bóg wiedzy i pisma, zapisze go i przekaże Ozyrysowi, by dusza zmarłego mogła zamieszkać na Polach Jaru. Jeżeli serce okaże się cięższe od pióra Maat, zostanie zjedzone przez Ammut, Pożeraczkę Zmarłych, i dusza przestanie istnieć.

Zanim jednak szakalogłowy Anubis przystąpił do ważenia serca, zmarły stawał przed 42 ławnikami. Musiał do każdego zwrócić się po imieniu i wygłosić przed nimi tzw. spowiedź negatywną, jak ją współcześnie nazywamy, czyli wymienić wszystkie złe uczynki, których nie popełnił za życia: „nie szkodziłem poddanym (…) nie stałem się przyczyną nędzy biedaków (…) nie zabijałem sam ani nie kazałem zabijać (…) nie pomniejszałem miary, nie fałszowałem odważników (…) nie zatrzymywałem boga podczas procesji jego” [tłum. Tadeusz Andrzejewski]. Lista była długa, a pominięcie wyparcia się któregoś z głównych przewinień oznaczałoby milczące przyznanie się do jego popełnienia, więc zmarłych na drogę pośmiertną wyposażano w ilustrowaną Księgę umarłych (dla Egipcjan była to „Księga wychodzenia za dnia”), w której spisano oczekiwane odpowiedzi.

Zmarły deklarował więc, że nie popełnił określonych złych uczynków, a następnie… ważono jego serce, porównywano je z Maat. Ponieważ Maat była boginią sprawiedliwości oraz prawdy. Ale nie tylko.

W odniesieniu do całego istniejącego świata uosabiała porządek i ład, przeciwieństwo sił chaosu, przemocy i zła, Isfet, które od czasów stworzenia nieustannie zagrażają światu, powstrzymywane przez wysiłki bogów i śmiertelników. Szczególnego znaczenia Maat nabrała po okresie Starego Państwa. Zdawałoby się, że funkcjonujące od setek lat silne, zasobne zjednoczone państwo egipskie, państwo, w którym powstały ogromne piramidy, którego władcy wyprawiali się na Synaj, do Nubii i do Libii, będzie bezpiecznie trwało zawsze. Tymczasem po długim panowaniu Pepiego II Neferkare nastąpiła katastrofa. Władza centralna upadła, państwo egipskie rozpadło się na walczące ze sobą niezależne okręgi, nastąpił głód, ubogi lud zbuntował się przeciwko możnym, rozpadły się więzi społeczne, kraj pogrążył się chaosie.

Dopiero po trwającym ponad sto lat zamęcie udało się ponownie zjednoczyć Egipt pod panowaniem jednego władcy i poprowadzić kraj do dobrobytu. Namysł nad przeszłością ukazuje, jak krucha jest, powiedzielibyśmy, cywilizacja, zapewniająca bezpieczeństwo, zaufanie do świata, do ludzi i instytucji. Najważniejszą składową Maat staje się jej aspekt społeczny, to, co spaja ludzi we wspólnotę, buduje sieć odwzajemnianych działań i komunikacji. Nie czyni Maat, kto żyje tylko dniem dzisiejszym według własnych doraźnych interesów, nie zauważa, nie ceni przeszłych działań jednego dla drugiego i nie poczuwa się do wdzięczności za nie, która by go motywowała. Nie czyni Maat, kto nie wysłuchuje innych. Czynić Maat oznacza czynić to, co dobre społecznie, poczuwać się do wzajemności i solidarności, mieć poczucie wspólnoty. Egipcjanie, co ciekawe, nie powoływali się przy tym na nakazy i zakazy postępowania oznajmione przez jakichś konkretnych bogów. Maat jest dobrem sama z siebie, ponieważ funkcjonowanie społeczeństwa jest dobrem.

W roku 2016 podczas wykopalisk w wielkiej kuszyckiej nekropoli w pobliżu Sedeingi w północnym Sudanie odkryto wyjątkowe kamienne obramowanie drzwi kaplicy. Pochodzi z drugiego stulecia naszej ery, czyli kilka pokoleń po śmierci Kleopatry VII i włączeniu Egiptu do państwa rzymskiego. Kuszyckie królestwo, powstałe na południe od Egiptu w VIII w. p.n.e., przetrwało o wiele dłużej. Na wykonanej z piaskowca framudze widnieje mierzący ok. 70 cm wysokości, płaskorzeźbiony wizerunek Maat. To pierwsze zachowane przedstawienie tej bogini ukazujące ją z rysami innymi niż typowo egipskie.

Kuszycka Maat, płaskorzeźba z z Sedeingi
Kuszycka Maat, płaskorzeźba z z Sedeingi;
foto: Vincent Francigny, SEDAU (francuska misja archeologiczna w Sedeindze).

środa, 6 maja 2026

Nastanie nocy

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od Bramy Powr… A nie, to nie ta historia.

Później mówiono, że pomysł na opowiadanie powstał podczas rozmowy z Johnem Campbellem, głównym redaktorem miesięcznika „Astounding Science Fiction”. Rozmówcą Campbella był Isaac Asimov, wówczas 21-letni student chemii. Współpracowali zawodowo od trzech lat, spotykali się niemal co tydzień. Asimov, od wczesnej młodości zafascynowany fantastyką, miał już na koncie kilkanaście opublikowanych opowiadań, z czego kilka u Campbella, który dbał o jakość i został mentorem młodego autora, a później jego przyjacielem.

Campbell wspomniał Asimovowi, że w XIX-wiecznym eseju Emersona Natura przeczytał zachwyty nad gwiazdami:

Lecz gdyby człowiek wolał być samotny, dozwólcie mu patrzeć na gwiazdy. Promienie padające z tych niebieskich światów oddzielą go od tego, co dotyka. Można by pomyśleć, że atmosfera po to została uczyniona przezroczystą, by dać człowiekowi, poprzez ciała niebieskie, wieczną obecność tego, co wzniosłe. Widziane z ulic miast jakże są wspaniałe. Gdyby się gwiazdy ukazywały jednej nocy na tysiąc lat, jakżeby ludzie wówczas wielbili je i czcili, i przez wiele pokoleń przechowywali pamięć o Państwie Bożym, które im się ukazało. Co noc, jednakże, wschodzą te wysłanniczki piękna i rozświetlają świat swym przychylnym uśmiechem.
[Ralph Waldo Emerson, „Natura”; przeł. Zofia Koenig]

Zdaniem Campbella, owszem, gwiazdy widywane raz na tysiąc lat robiłyby na ludziach niesamowite wrażenie. Ale uczuciem, które by wzbudziły, nie byłby zachwyt. Po wspólnej dyskusji nad konsekwencjami takiej hipotetycznej sytuacji zaproponował Asimovowi napisanie opowiadania. Razem wybrali tytuł: Nightfall, czyli „Nastanie nocy”.

Opowiadanie, liczące około 30 stron, najdłuższy do tej pory tekst Asimova, powstało w trzy tygodnie, wiosną 1941 roku. Ukazało się we wrześniowym numerze „Astounding Science Fiction” z nazwiskiem autora na okładce pisma i stało się punktem zwrotnym w jego karierze pisarskiej. I nie tylko. Nagle stał się tak znany w światku fantastyki, że skontaktował się z nim pewien wykładowca biochemii, by pogratulować mu opowiadania, a po dekadzie korespondencji, kiedy Asimov miał już za sobą doktorat, zaproponował mu objęcie po nim katedry uniwersyteckiej. Z czego Asimov skorzystał, choć okazało się, że wkrótce jego dochody z pisania przewyższyły pensję uczelnianą…

Kiedy w roku 1966 ustanowiono Nebulę, najważniejszą z corocznych nagród w świecie fantastyki, Stowarzyszenie Amerykańskich Pisarzy SF postanowiło przyznać wsteczne wyróżnienia dla tekstów wydanych wcześniej, między rokiem 1928 a 1965. Nastanie nocy zostało uznane za najlepsze ze wszystkich opowiadań fantastyczno-naukowych napisanych w tym okresie. Weszło do kanonu fantastyki.

Niemal pół wieku po pamiętnej rozmowie, kiedy Campbell od dawna już nie żył, namówiono Asimova, by wspólnie z Silverbergiem rozbudował swoje opowiadanie do rozmiarów powieści. Opublikowano ją w roku 1990, pod tym samym tytułem co opowiadanie.

Po polsku, w przekładzie Tadeusza Jana Dehnela, Nastanie nocy ukazało się po raz pierwszy w antologii Kryształowy sześcian Wenus z roku 1966. To samo tłumaczenie wykorzystano w polskim wydaniu obszernej antologii Jamesa Gunna Droga do science fiction (t.2: Od Wellsa do Heinleina, 1986). Powieść wyszła drukiem po polsku w roku 1993, w tłumaczeniu Anny Łętowskiej-Mickiewicz i Andrzeja Łokaja.