sobota, 28 lutego 2026

Zagadkowa Pu-abi

Żyła w południowej Mezopotamii około 4500 lat temu. W swoim mieście-państwie była kimś wyjątkowo ważnym. Zmarła w wieku około czterdziestu lat. Zbudowano dla niej kamienny grobowiec z ceglanym sklepieniem, zaliczany współcześnie do grupy kilkunastu tzw. grobów królewskich w Ur.

Pochowano ją w misternie zdobionym stroju. Jej bujne włosy, lub może raczej dużą perukę, oplatały długie zwoje wstążki z cienkiego złota. Z tyłu głowy tkwił wpięty we włosy złoty grzebień z siedmioma zębami, które zwężały się w wygięte do przodu łodyżki zakończone kwiatami. Głowę opasywał diadem z czterech sznurów cylindrycznych koralików z cennego niebieskiego lapis-lazuli i z czerwonego karneolu, przedzielanych elementami ze złota; złote listki wierzby i topoli oraz kółka opadały z diademu na czoło. Z uszu zwisały wielkie, półksiężycowate, złote kolczyki. Szyję oplatał naszyjnik z centralną złotą rozetką, łączącą trzy sznury okrągłych paciorków z lapis-lazuli przeplatanych paciorkami ze złota. Pod nim z szyi na ramiona opadał drugi, dłuższy naszyjnik, z trójkątnych elementów, łączonych koralikami. Stanowił zapewne rodzaj kołnierza dla zdobiącego górną część ciała okrycia, wykonanego ze zwisających w dół sznurów, na które nanizano setki różnego kształtu koralików ze złota, karneolu i lapis-lazuli. Talię otaczał pas z kilku rzędów cylindrycznych koralików, zakończony u dołu złotymi pierścieniami. Niewykluczone, że był dolnym obramowaniem okrycia. Wszystkie te ozdoby ważyły razem ok. 6,5 kilograma, z czego nakrycie głowy ok. 2,5 kg.

Nakrycie głowy i strój Pu-abi
Nakrycie głowy i strój Pu-abi; fot. Penn Museum, obiekt B17711A

Na palcach miała kunsztownie zdobione złote pierścienie, a na prawym ramieniu spinające szatę złote szpile z główkami z lapis-lazuli. Obok leżały amulety przedstawiające byki i ryby ze złota i lazurytu. Przy marach stał stolik, na którym złożono sznury biżuterii z tysięcy koralików przeplatanych wisiorkami przedstawiającymi rośliny i zwierzęta.

Wraz z kobietą w komorze grobowej pochowano trójkę osobistych służących. Dwójka spoczęła u wezgłowia, trzecia u nóg. Posadzkę pomieszczenia zalegały dziesiątki przedmiotów: diademy, złote, srebrne i lazurytowe pierścienie i bransolety, brosze, naczynia ze złota, srebra, alabastru, a nawet kilka ze skorup strusich jaj.

Przy grobowcu znajdowała się „jama śmierci”, duży prostokątny dół o nachylonym dnie, gdzie w dwóch rzędach spoczywały ciała ponad dwudziestu osób, zaprzęg wołów z ceremonialnym rydwanem na płozach, misterna harfa, duża skrzynia z przedmiotami osobistymi, plansza do gry, złote i srebrne naczynia. Odkrywca grobowca, Leonard Woolley, uznał, że jama stanowiła rampę wejściową do grobowca zmarłej, tak jak podobne jamy z dziesiątkami ciał przy innych grobowcach „cmentarzyska królewskiego” w Ur. W tym przypadku jama znajduje się na poziomie sklepienia grobowca; współcześnie na ogół odrzuca się wiązanie jej z komnatą grobową.

Woolley uznał tajemniczą kobietę za żonę nieznanego z imienia króla, który zmarł wcześniej i został pochowany w „Grobie Króla” (PG 789). Zbudowała własny grobowiec tuż obok jego grobu, aby mogli być razem na zawsze. Romantyczna historia, ale faktycznie jej grobowiec powstał wcześniej, a nie później niż sąsiedni. Czy była królową, żoną króla? Różne nowożytne źródła podają, że była żoną króla Abargiego — nieznane skądinąd imię, występujące jako jedyny napis na cylindrycznej pieczęci znalezionej z drobnymi przedmiotami w miejscu skrzyni w jamie przy jej grobowcu; już w latach 30. XX wieku uznano, że Abargi prawdopodobnie był jej synem. Inni uważają, że była drugą żoną króla Meskalamduga, któremu niekiedy przypisuje się grób PG 789. W rzeczywistości to tylko luźne hipotezy. Nic nie wiąże jej z żadnym królem ani mężem.

Jedyne konkretne wskazówki znajdziemy w jej osobistych przedmiotach. Do takich przedmiotów należały cylindryczne pieczęcie, wykonane z twardego materiału niewielkie walce z przewierconym wzdłuż osi otworem, dzięki czemu można je było nosić na szyi. Na ich powierzchni ryto różne sceny oraz często inskrypcję, podającą imię właściciela. Cylindryczną pieczęć przetaczano po tabliczce z wilgotnej gliny, uzyskując odpowiednik odcisku dzisiejszej osobistej pieczątki.

Przy prawej ręce kobiety leżały trzy pieczęcie cylindryczne. Na jednej z nich w prostokątnych pionowych ramkach widnieje jej imię i tytuł.

Odcisk pieczęci z imieniem Pu-abi
Odcisk pieczęci z imieniem Pu-abi; fot. British Museum, obiekt 121544, CC BY-NC-SA 4.0

W pierwszej kolumnie od prawej dwoma znakami klinowymi zapisano imię. Woolley odczytał je jako Szub-ad, późniejsi uczeni skorygowali odczytanie pierwszego znaku, a jednocześnie uznali, że całość to imię akadyjskie, w brzmieniu: Pu-abi (bardziej poprawnie: Pu-abum), podczas gdy po sumeryjsku brzmiałoby: Pu-ad. Oznacza ono „Usta ojca”. Trudno powiedzieć, na jakiej podstawie uznano, że nosiła akadyjskie imię. Żyła i zmarła w sumeryjskim mieście, nic w jej pochówku nie wskazuje na akadyjskie pochodzenie. Gdyby jej imię interpretować jako sposób oznajmienia, że jest córką akadyjskiego władcy i reprezentuje go wobec sumeryjskiego społeczeństwa Ur, byłoby raczej niefortunnym wyborem. Podkreślałoby jej obcość. Wiemy tymczasem, że kiedy akadyjski król Sargon swoją jedyną córkę ustanowił arcykapłanką sanktuarium boga Nanny w Ur, przyjęła wówczas sumeryjskie imię: Enheduanna. Podobnie setki lat później babiloński król Nabonid mianował na to stanowisko swoją córkę, która przyjęła wtedy sumeryjskie imię: Ennigaldi-Nanna. W obu przypadkach wręcz nie znamy ich pierwotnych imion. Najprościej przyjąć, że Pu-abi (pozostańmy przy tej powszechnie przyjętej formie) była po prostu Sumeryjką i nosiła sumeryjskie imię.

W drugiej kolumnie inskrypcji na pieczęci znajduje się dwuznakowe słowo. Pierwszy ze znaków klinowych, trójkąt z kreseczką w środku, kiedy występuje osobno, oznacza kobietę (MUNUS), drugi, prostokąt z dwiema kreseczkami, oznacza szatę (TUG), zaś połączone tworzą sumerogram NIN, co tłumaczy się jako „Pani”. Mógł oznaczać królową, arcykapłankę lub szlachetnie urodzoną damę.

To wszystko: „Pani Pua-bi”. Zupełnie inaczej niż w przypadku żon królów, kiedy oprócz ich imion podawano imiona ich mężów, na przykład „Baranamtara, żona Lugalandy, władcy Lagasz”.

Na wszystkich trzech pieczęciach Pu-abi wyryto podobne sceny: bankiety z jej udziałem, ale tylko tę jedną pieczęć opatrzono napisem. Na pozostałych dwóch z nieznanego powodu nie zapełniono całej powierzchni walca rysunkiem. ale mimo to pozostawiono puste prostokąty, jak gdyby miejsca przeznaczone na imię i tytuł.

Uczty przedstawiono na pieczęciach w dwóch poziomych pasach rysunków, Pu-abi za każdym razem pokazano w górnym z nich, ważniejszym. Siedzi na krześle bardziej ozdobnym niż krzesła pozostałych osób, otoczona przez służące. Reszta służby obsługuje gości, przynosi napoje i jedzenie. Żaden z ucztujących mężczyzn nie został ukazany jako dorównujący jej rangą. Na jednej z pieczęci w bankiecie Pu-abi biorą udział wyłącznie kobiety, a rozrywkę zapewnia im harfistka.

Ani inskrypcja, ani sceny na pieczęciach nie dają więc podstaw do przypuszczeń, że Pua-bi była żoną jakiegoś króla, wręcz przeciwnie, sugerują jej samodzielną wysoką pozycję. Być może była arcykapłanką? A może panującą królową?… Imię „Usta ojca” oznaczałoby wówczas, że była dziedziczką tronu swego ojca, króla Ur. Pierwszą w historii kobietą sprawującą władzę królewską.

sobota, 14 lutego 2026

Gwarzyli cicho jak świerszcze

Ale jestem znużony, oczy mi nie dopisują, ręka drży, widzę obraz swój w owych starcach Homera, którzy odsunięci od walk z powodu braku sił, siedząc na szańcach, gwarzyli cicho jak świerszcze w trawie.
[Anatole France, „Zbrodnia Sylwestra Bonnard”, tłum. Jan Sten]


I przyszły na to miejsce, gdzie jest Scea brama,
A tam siedzieli, radząc około Pryama:
Pantes, Tymoetes, Lampus, Hiketaon siwy,
Klytius, Ukalegon, Antenor szedziwy,
Już prze lata swe zeszłe z wojny wypuszczony,
Ale na drugą stronę mówca doświadczony.
Podobni polnym świerczom, które więc siedzący
Na wysokiej olszynie, puszczają głos brzmiący.
Tacy prosto na wieży starcowie tam byli
[„Iliada” III 135-144; przeł. Jan Kochanowski, 1585]


Niezadługo przychodzą, gdzie Skajska jest Brama;
Siedzącego wysoko znajdują Pryjama,
Przy nim Lamp, Ukalegon, Hiketaon, Klity,
Tymojt, Pant i Antenor, radca znakomity;
Lata pochyłe bronią działać im nie dadzą,
Lecz mądre między sobą rozmowy prowadzą.
Jak na drzewie koników grono słodko gwarzy,
Tak na wierzchołku bramy poszeptują starzy.
[przeł. Franciszek Ksawery Dmochowski, 1791]


Prędko przybyły do miejsca, gdzie Scejska brama się wznosi,
Tam zaś Pryam dostojny i Pantoos z Tymoitesem,
Tam też Lamposi Klityos i mąż Hiketaon arejczyk,
Tam i Antenor i tam Ukalegon, starcowie roztropni;
Wszyscy ojcowie narodu na Scejskiej bramie siedzieli,
W bojach dla wieku nie brali udziału, ale na wiecach
Oni rajcowie najlepsi: podobni do śpiewnych piewików,
Kiedy ich świegot cichutki na drzewie rozlega się w liściach.
Tacy dostojni przywódcy trojańscy na baszcie siedzieli.
[przeł. Stanisław Mleczko, 1894]


Rychło przybyły tam, gdzie Skajska wznosiła się brama.
Tam, u tej bramy, król Priam, a wraz Tymojtes i Lampos,
Pantoos, Klytios i cny Hiketaon, potomek Aresa,
Dalej dwaj mądrzy mężowie, Anteor, a z nim Ukalegon,
Wszyscy oni siedzieli na radzie, miasta ojcowie.
Starość z rąk wytrąciła im oręż, lecz mówcy to byli
Przedni, do cykad polnych podobni, co w gaju zielonym
W drzew uczepione gałęziach cykają sobie rozkosznie;
Tak to najpierwsi z Trojan na Skajskiej baszcie siedzieli
[przeł. Ignacy Wieniewski, 1961]


Prędko przybyły w to miejsce, gdzie Skajska widnieje brama.
Tam przy Pryjamie zasiedli kręgiem: Pantoos, Tymojtes,
Lampos i Klytios, Aresa potomek — wódz Hiketaon,
z Ukalegonem Antenor, obydwaj znani z mądrości;
ludu starszyzna czcigodna przy Skajskiej czuwała bramie.
Starość ich już uwolniła od walki, lecz byli mówcami
znakomitymi, podobni leśnym piewikom, co w gęstwie
drzewa ukryte tryskają dźwiękiem jak kwiat delikatnym
— tak przewodnicy trojańscy wszyscy na baszcie siedzieli.
[przeł. Kazimiera Jeżewska, 1972]


Szybko przyszły na miejsce, gdzie Skajska Brama się wznosi.
Tam przy Priamie siedzieli Pantoos oraz Timojtes,
Lampos i Klitos, i Hiketaon, szczep Aresowy,
i Ukalegon oraz Antenor, obaj rozważni.
Ci przez lud czczeni starcy siedzieli przy Bramie Zachodniej.
Wiek nie pozwalał im walczyć, ale byli mówcami
znakomitymi, podobni do leśnych piewików, co w drzewach
gęstych siedząc, wydają głos delikatny jak lilie.
Do nich podobni wodzowie trojańscy na murach siedzieli.
[przeł. Robert R. Chodkowski, 2022]

sobota, 7 lutego 2026

Ani słowa o Helenie

Starożytni Grecy od pradawnych czasów wiedzieli, że w odległych krainach żyją ludzie mówiący innymi językami, mający inne obyczaje i wyglądający zupełnie inaczej. W szczególności wiedzieli, że na południe od Egiptu mieszkają ludy o bardzo ciemnej skórze, choć ich bliżej nie rozróżniali. Nazywali je Etiopami (Aithiopes), co po grecku oznacza „spalone twarze”, a ich ziemie Etiopią. Kolor ich skóry przypisywali silnemu działaniu gorąca słonecznego. Użyczony przez Heliosa synowi rydwan słońca, powożony przez młodego, niedoświadczonego Faetona, miał w swoim pędzie po niebie niebezpiecznie zbliżyć się do ziemi, zanim Zeus uśmiercił lekkomyślnego woźnicę piorunem. To właśnie wtedy Etiopowie stali się tak bardzo ciemnoskórzy.

Chociaż Grecy dostrzegali i opisywali odmienny wygląd fizyczny mieszkańców innych krain — trudno było tego nie dostrzec — obca im była koncepcja podziału ludzi na rasy, powstała później w nowożytnej Europie. Używali podziału na ludy. Bliscy i pokrewni byli ci, którzy mieli ten sam lub podobny język, obyczaje, wierzenia. W tym podziale „Etiopowie” było de facto nazwą zbiorczą, ale to dlatego że przez długi czas nie zdawano sobie sprawy z istnienia różnych, odmiennych ludów o podobnie ciemnej karnacji.

W kulturze greckiej Etiopowie występowali już w czasach przed dziejami historycznymi. Podróżujący po świecie heros Perseusz uratował przed morskim potworem przeznaczoną na ofiarę etiopską królewnę Andromedę. Zakochał się, poślubił ją, wrócił z nią do Grecji i założył miasto Mykeny. Potomkowie tej pary rządzili jako królowie Myken, tych samych potężnych Myken, których władcą był później Agamemnon, wódz naczelny wyprawy przeciw Troi. Wśród sojuszników przybyłych z odsieczą Trojanom znalazł się król Etiopów Memnon, syn Jutrzenki, na czele swoich wojsk. Memnon zabił syna Nestora, walczył w pojedynku z Achillesem i go zranił, choć ostatecznie zginął z jego ręki. Opowiadał o jego udziale zaginiony poemat epicki Etiopida, należący do tzw. cyklu trojańskiego, przedstawiającego, łącznie z IliadąOdyseją, pełne dzieje wojny trojańskiej i wydarzeń z nią związanych.

Wzmianka o Etiopach pojawia się również w samej Iliadzie, kiedy Tetyda rozmawia z Achillesem, każe mu czekać i wyjaśnia, dlaczego uda się w jego sprawie na Olimp dopiero za niemal dwa tygodnie:

ponad Okean Dzeus bowiem do Etijopów bez skazy
udał się wczoraj na ucztę, z nim razem wszyscy bogowie.
Lecz gdy dzień minie dwunasty, znów Dzeus na Olimp powróci.
[„Iliada” I 423–425; przeł. Kazimiera Jeżewska]

Epitet „bez skazy” (amymon), nigdy nie stosowany w stosunku do bogów, miał znaczenie dosłowne, ale oznaczał również „szlachetny, szlachetnie urodzony”. W Odysei Homer nazywa tak nawet Ajgistosa, kochanka Klitajmestry, mordercę Agamemnona, kilka wersów po uwadze:

Wtedy Posejdon przebywał daleko pośród Ajtiopów,
którzy mieszkają na kresach ziemi i tworzą dwa szczepy:
tam, gdzie Hyperion zachodzi — jeden, a drugi — gdzie wschodzi.
Od nich przyjmował ofiary z byków stu oraz baranów.
Siedząc przy uczcie, się bawił
[„Odyseja” I 21–25; przeł. Robert R. Chodkowski]

Jak widać, dla Homera Etiopowie mieszkali na krańcach świata, gdzieś daleko nad brzegami Okeanosu, opływającego ziemię. Wzmianek o Etiopach jest u Homera łącznie pięć, wszystkie prócz jednej podobnie ogólnikowe, o ucztowaniu u nich bogów. W tej jednej odmiennej Menelaos podczas wizyty Telemacha opowiada, jak zdobywał majątek, przez kilka lat tułając się po całym świecie:

A wędrowałem na Cypr, zwiedziłem Fenicję i Egipt,
byłem też u Ajtiopów, w Sydonie i u Eremów,
W Libii, gdzie się jagnięta od razu rodzą z rogami
[„Odyseja” IV 83–85]

Horyzonty Greków znacznie poszerzyły się parę wieków po Homerze, kiedy powstało rozległe imperium perskie, obejmujące Egipt i sięgające aż po Indie. Podróżował po nim Herodot, człowiek ciekawy świata, zamiłowany gawędziarz. Wśród różnych informacji o Etiopach, graniczących z Egipcjanami, pisze o ich wyglądzie, i co może wydawać się zaskakujące, także od strony estetycznej:

Gdzie słońce od południa skłania się ku zachodowi, tam rozciąga się Etiopia jako ostatni z tej strony kraj zamieszkałej ziemi. Wydaje ona w wielkiej ilości złoto, olbrzymie słonie, wszelakie dzikie drzewa, heban i ludzi bardzo rosłych, bardzo pięknych i najdłużej żyjących.
[Herodot, „Dzieje” III 114; tłum. Seweryn Hammer]
A ci Etiopowie, do których posyłał Kambizes, mają być najroślejszymi i najpiękniejszymi ze wszystkich ludzi.
[„Dzieje” III 20]

Zachowały się ówczesne greckie dzieła sztuki przedstawiające Etiopów. Wizerunki na amforach, dzbany w kształcie głów, a nawet niecodzienny kielich do wina w formie dwóch głów po dwu stronach: białej, a właściwie pomarańczowawej, w naturalnym kolorze gliny, oraz czarnej, o negroidalnych rysach, z dwa razy powtórzonym na obwodzie ponad nimi napisem „Ten chłopiec jest ładny”.

Tym, czego rzeczywiście trudno byłoby się po Grekach spodziewać, był… Zeus Aithiops. Według ułożonego przez Likofrona (III w. p.n.e.) zawiłego, trudno zrozumiałego poematu „Aleksandra” (tj. Kasandra), przepowiadającego w zagadkowych, proroczych słowach trojańskiej księżniczki przyszłe losy miasta i bohaterów wojny, na greckiej wyspie Chios u wybrzeży Azji Mniejszej czczono Zeusa pod przydomkiem Aithiops. Starożytna tradycja wskazuje na Chios lub miasto Smyrnę, dzisiejszy Izmir, na położonym naprzeciwko lądzie, jako miejsce urodzenia Homera.

Hera, Zeus i Afrodyta, kadr z filmu Troja: Upadek miasta
Inge Beckmann, Hakeem Kae-Kazim i Lex King jako Hera, Zeus i Afrodyta
w miniserialu „Troja: Upadek miasta”, 2018, koprodukcja BBC One i Netflix

środa, 4 lutego 2026

Profesor w szkole średniej

W XXI wieku coraz częściej zdarza się, że uczniowie kwestionują tytułowanie nauczycieli szkół średnich, szczególnie liceów, „Panem profesorem”, “Panią profesor”, uważając to za wymysł nauczycieli, „bezprawnie przywłaszczających sobie nienależny tytuł naukowy”.

Prawdą jest, że nauczyciele kończą studia z tytułem magistra i raczej rzadko się zdarza, żeby mieli choćby doktorat, nie mówiąc już o tytule profesorskim, nadawanym przez prezydenta na wniosek środowiska naukowego. Ale przecież podobnie zwyczajowo zwracamy się do lekarzy grzecznościowo: „panie doktorze”, „pani doktor”, chociaż nie wiemy, czy zrobili doktorat i mają naukowy stopień doktora nauk medycznych, a w większości przypadków go nie mają. Ich tytuł zawodowy, otrzymywany po ukończeniu studiów, to „lekarz medycyny”. Do pań farmaceutek w aptece grzecznościowo mówi się „pani magister”, a kiedy w tym sfeminizowanym zawodzie zaczęli pojawiać się mężczyźni, zaczęto zwracać się do nich „panie magistrze”.

Wszystkie te formy grzecznościowe nie wzięły się znikąd ani nie zainicjowali ich sami tytułowani.

Przypadek absolwentek i absolwentów farmacji jest najświeższy: pochodzi z XX wieku, kiedy aż do zmian pod koniec tego stulecia, osób z wykształceniem wyższym było w Polsce zaledwie kilka procent. Zwracanie się do kogoś tytułem „magister”, podobnie jak „inżynier”, było okazywaniem szacunku.

Najstarszy jest zwyczaj nazywania medyków „doktorami”, słowem, które pochodzi wprost z łaciny i oznaczało tego, który uczy, mistrza.

Pomiędzy nimi sytuuje się szkolny „profesor”. W dawnych nekrologach i na nagrobkach można napotkać towarzyszące imieniu i nazwisku zmarłego określenie „profesor gimnazjum”. W istocie „profesor gimnazjalny” była to formalna nazwa tytułu nauczycielskiego, różnego od profesora uniwersyteckiego. Wyglądało to następująco:

W drugiej połowie XIX wieku w Galicji młody człowiek planujący zostać nauczycielem gimnazjalnym musiał ukończyć kolejno: a) czteroletnią szkołę ludową, b) ośmioletnie, dwustopniowe gimnazjum, c) egzamin dojrzałości, d) czteroletnie studia na uniwersytecie. Przez co najmniej pięć semestrów (czyli dwa i pół roku) miał uczęszczać na wydział filozoficzny, pozostałe mógł studiować na jakimś innym wydziale, kierunkowym. Otwierało to przed nim drogę do nauczycielskiej kariery zawodowej (a po wydziale filozofii niewiele miał szans na inne posady). Następnie przez rok lub dwa pracował nieodpłatnie w gimnazjum lub w siedmioletniej szkole realnej jako aplikant nauczycielski lub szkolił się na kursie jako praktykant. Inną możliwością była posada zastępcy nauczyciela, płatna około 80-90 koron miesięcznie. Po tym czasie należało zdać płatny, trójetapowy, trudny egzamin przed kilkunastoosobową C. K. Naukową Komisją Egzaminacyjną dla Kandydatów na Nauczycieli Szkół Średnich. Opłata wstępna wynosiła 40 koron. Pierwszą częścią były pisane w domu rozprawy na zadany temat, osobno dla każdego z przyszłych przedmiotów nauczania, dodatkowo rozprawa filozoficzna lub pedagogiczna. Nauczyciele języków pisali w językach, jakich mieli uczyć (owszem, w przypadku języków klasycznych po łacinie i po grecku). Czas na dostarczenie prac wynosił trzy miesiące. Po otrzymaniu zawiadomienia o pozytywnej ocenie trzeba było uiścić dodatkowo 50 koron za kolejne etapy: egzamin pisemny w siedzibie komisji, ośmiogodzinny z głównego przedmiotu nauczania i czterogodzinny z pobocznego, a po pomyślnym zaliczeniu godzinny ustny. Egzamin poprawkowy oznaczał powtórne opłaty, odsiew był spory. Po zdaniu egzaminu zastępca nauczyciela, który przeciętnie miał wówczas 30 lat, otrzymywał wyższą stawkę (ok. 120 koron) i oczekiwał… aż zwolni się posada. Kiedy ją wreszcie uzyskał, jako tzw. „nauczyciel rzeczywisty” (IX ranga urzędnicza) zarabiał ok. 230 koron miesięcznie plus ewentualnie dodatek zależny od wielkości miasta, w którym pracował, oraz pięcioletni dodatek za staż pracy. Po przepracowaniu 10, czasem nawet 15 lat, mógł otrzymać tytuł profesora (VIII ranga); na szczęście stopniowo czas oczekiwania na ten awans się skracał i później nauczyciele dostawali ten tytuł już po kilku latach. Posada profesora gimnazjalnego oznaczała większy prestiż, ale też osiągnięcie pełnej stabilizacji: władze mogły go przesunąć do placówki w innym mieście tylko za jego zgodą, przywilej, którego nie miał zwykły nauczyciel. Uff!

Już wówczas wszystkich nauczycieli gimnazjalnych na etacie, nawet bez egzaminu, nazywano na co dzień „profesorami”, nie wnikając w ich faktyczny status i rangę.

środa, 28 stycznia 2026

Niezwykłe zwycięstwo

W roku 648 p.n.e. do programu igrzysk w Olimpii wprowadzono pankration, brutalną, niebezpieczną dyscyplinę będącą połączeniem boksu i zapasów. Pankration przypominał dzisiejsze mieszane sztuki walki (MMA). Jego nazwa, powstała przez połączenie słów pan („cały, wszech-”) oraz kratos („siła, moc”), oznaczała użycie wszystkich sił. Zawodnicy stosowali niemal wszelkie możliwe sposoby walki wręcz bez użycia broni: ciosy pięścią, kopnięcia, chwyty, dźwignie, rzuty, wykręcanie rąk i nóg, a nawet duszenie. Zabronione było tylko wsadzanie palców do oczu oraz gryzienie i drapanie. Spartanie nawet i to uważali za dozwolone, uznawali walki w pankrationie za przygotowanie do zmagań podczas wojny. Nie było podziału na kategorie wagowe ani ustalonego czasu trwania walki. Kończyła się, gdy jeden z zawodników uniósł rękę, uznając się za pokonanego, albo też zginął, co się niekiedy zdarzało. Jego rywal zostawał zwycięzcą.

Jednym z najsłynniejszych mistrzów pankrationu był Arrichion z Figalii na Peloponezie. Dwukrotny zwycięzca olimpijski, w roku 564 p.n.e. stawił się na igrzyskach po raz kolejny.

Po serii wygranych rund pozostał Arrichionowi tylko jeden, ostatni przeciwnik. Rywal ma przewagę. Góruje nad Arrichionem, który klęczy, wsparty na rękach i kolanach. Przeciwnik przygniótł mu biodra udami, końcami stóp blokuje mu kolana, zgiętym ramieniem oplata szyję, przydusza gardło. Pozbawiony oddechu Arrichion zaczyna tracić przytomność. Słyszy jeszcze wołanie swojego trenera Eryksiasa: „Jaki to piękny nagrobek: nie poddał się w Olimpii!”. Arrichion kopie i odpycha prawą stopę przeciwnika, wyciągniętą w tył ręką przyciąga ją do siebie. Przysiada na lewej nodze, blokując stopę tamtego, zakleszczoną w zgięciu kolana. Wciąż duszony, bliski śmierci, chwyta w podwójny uścisk prawą stopę rywala i gwałtownie przekręca. Stopa łamie się w kostce. Wrogi zapaśnik nie wytrzymuje bólu i unosi rękę.

Widzowie zrywają się z siedzeń, wymachują rękami, podskakują, z radości poklepują sąsiadów. Arrichion leży nieruchomo. Sędziowie uwieńczyli gałązką oliwną martwe ciało zwycięzcy.


Pauzaniasz, „Wędrówki po Helladzie" VIII 40.1-2; przeł. Janina Niemirska-Pliszczyńska.
Filostrat Starszy, „Obrazy” II 6; przeł. Remigiusz Popowski.
Flawiusz Filostratos, „O atletyce” 21; przeł. Marian Szarmach.
George M. Hollenback, „Deaths in the Pan-Hellenic Games: The Case of Arrachion Reconsidered” [w:] „Nikephoros” 23 (2010), s. 95-104.

sobota, 17 stycznia 2026

Mowa ludu

Najczęstszym wyrazem w języku angielskim jest rodzajnik określony the. W tłumaczeniach na polski zwykle się go pomija, bo w polszczyźnie jest zbędny; w rzadkich przypadkach tłumaczy się jako „ten”, „ta” lub „to”. Co ciekawe, dawno temu w ogóle nie istniał. Powstał w najstarszej fazie rozwojowej angielszczyzny, która pierwotnie nie miała rodzajników, pomiędzy przybyciem na wyspę Brytanię germańskich Anglów, Sasów i Jutów w V wieku a podbojem normańskim w XI wieku. Wywodzi się od nadużywania w codziennej mowie zaimków wskazujących se („ten, tamten”), sēo („ta, tamta”), þæt („to, tamto”), które przy stopniowym zaniku rodzaju gramatycznego i odmiany przez przypadki połączyły się w jedną formę þe, późniejsze the.

Taki sam proces, choć na bazie innego języka źródłowego bez rodzajników, zaszedł w językach romańskich, powstałych z łaciny ludowej. Łacińskie zaimki ille („tamten, ów”) oraz illa („tamta, owa”) w mowie potocznej utraciły swoją pierwotną, wskazującą rolę i przekształciły się w rodzajniki określone: illa we włoskim, ella w hiszpańskim, lela we francuskim i tak dalej.

Podobnie wyewoluował angielski rodzajnik nieokreślony a (przed samogłoską: an), również nietłumaczony na polski, w razie potrzeby przekładany jako „jakiś, pewien”. Wywodzi się od staroangielskiego liczebnika ān, oznaczającego „jeden”, którego zaczęto używać w znaczeniu „jakiś pojedynczy”.

W językach romańskich rodzajnik nieokreślony powstał w taki sam sposób. Łacińskie liczebniki unus („jeden”) oraz una („jedna”) przekształciły się w rodzajniki: ununa we włoskim i hiszpańskim, unune we francuskim.

Trudno dokładniej wskazać, kiedy zaszły te zmiany w tym czy innym języku, bo wiemy o nich tylko przez wnioskowanie z tekstów historycznych, a większość dokumentów pisanych tworzyły piśmienne elity. Urzędnicy, kanceliści, pisarze wykształcili się na cenionych, uznanych tekstach „klasycznych”, dokumentach prawnych, literaturze pięknej, kronikach, powstałych dawniej, w minionych czasach. Traktowali je jako wzorcowe również językowo, mieli więc tendencję do konserwatyzmu językowego i posługiwania się językiem literackim, różnym od mowy ludu.

Okazuje się, że zarówno ten sam sposób powstawania rodzajników w języku, jak i dystansowanie się elit od mowy „pospólstwa” napotykamy w historii znacznie wcześniej. Setki lat nawet przed powstaniem państwa rzymskiego, nawet przed tradycyjną datą założenia Rzymu.

W języku starożytnych Egipcjan w okresie Starego Państwa (do ok. 2180 p.n.e) nie było rodzajników, istniały natomiast zaimki wskazujące. Później, w czasach Pierwszego Okresu Przejściowego i Średniego Państwa, w mowie potocznej coraz częściej i w coraz szerszym zakresie przed rzeczownikami używano zaimków pa (pꜣ), ta (tꜣ), na (nꜣ), pierwotnie oznaczających „ten”, „ta”, „ci, te”. Zaczęły one stopniowo pełnić rolę rodzajników określonych. Z kolei liczebnik ua (wꜥ), „jeden”, zaczął być używany jako rodzajnik nieokreślony. W czasach Nowego Państwa (ok. 1550–1070 p.n.e.) proces ten dobiegł końca i rodzajniki stały się częścią języka powszechną również w piśmie, zaś język średnioegipski zyskał pozycję klasycznego języka literackiego.

Zanim to jednak nastąpiło, wzorcowym językiem literackim dla egipskich elit Średniego Państwa był język z czasów Starego Państwa.

Wapienna stela dostojnika Montu-usera, datowana na 17 rok panowania Senusereta I, tj. ok. 1945 p.n.e., sam środek okresu Średniego Państwa, wylicza zalety urzędnika, należy do gatunku biografii idealnej. Montu-user chlubi się uznaniem w oczach faraona, który podarował mu tę stelę. Oznajmia, że nadzorował tysiące ludzi, stada bydła, kóz, osłów, owiec. Jest bogaty, hojny i dba o los ludzi. „Nikt nie spał głodny w moim okręgu”, pisze. Ojciec sierot, żywiciel wdów, opiekuje się chorymi, grzebie zmarłych, rozdaje dobra potrzebującym. Nikogo nie oczernia, nie daje posłuchu oszczerstwom, pełni sprawiedliwość, nie bierze łapówek. A wśród tych wszystkich zalet — jedna nieoczekiwana. W dziesiątej kolumnie tekstu, licząc od prawej, widnieje:

Jestem tym, który przemawia wobec dostojników, wolnym od mówienia pa-ów.
Stela Montu-usera
Stela Montu-usera, ok. 1945 p.n.e; MMA 12.184, Metropolitan Museum of Art

sobota, 10 stycznia 2026

Statek Tezeusza

W roku 399 p.n.e. Ateńczycy skazali Sokratesa na śmierć za bezbożność i psucie młodzieży. Ostatnie dni życia spędził w więzieniu, oczekując na wykonanie wyroku śmierci, odroczone ze względów religijnych. Platon w swoim dialogu wyjaśnia przyczynę następująco:

To jest ten okręt, jak powiadają Ateńczycy, w którym swojego czasu Tezeusz tych czternaścioro wywiózł na Kretę, uratował ich i sam wyszedł cało. Więc Apollinowi ślub złożyli wtedy, jak mówią, że jeśli ci wrócą zdrowi, to co roku będą posyłali procesję na Delos. I taką pielgrzymkę zawsze, jeszcze i teraz, od tego czasu rok w rok bogu posyłają. Więc kiedy się pielgrzymka rozpocznie, to jest takie prawo u nich, że w tym czasie państwo musi być czyste, wolne od zmazy i z wyroku sądu nie wolno wtedy nikomu życia odbierać, zanim statek do Delos nie przybędzie i tutaj nazad (=z powrotem) nie wróci. A to nieraz wymaga długiego czasu, kiedy się trafią wiatry przeciwne podróży. Pielgrzymka zaczyna się z chwilą, kiedy kapłan Apollina uwieńczy ster okrętu. To właśnie odbyło się, jak mówię, w wilię (=przeddzień) wydania wyroku. I stąd ta długa pauza u Sokratesa w więzieniu, ta pomiędzy wyrokiem a śmiercią.
[Platon, „Fedon”; tłum. Władysław Witwicki]

Tezeusz był synem króla Aten Ajgeusa (Egeusza). Kiedy był młody, Ateńczycy co roku, według innych co dziewięć lat, posyłali haracz królowi Krety Minosowi: siedmiu młodzieńców i siedem dziewcząt na żer dla Minotaura, potwornego człowieka z głową byka, zamkniętego w Labiryncie. Tezeusz dobrowolnie dołączył do wysyłanej na Kretę młodzieży — zamierzał zabić Minotaura i uwolnić rodzinne miasto od haraczu. Wobec, wydawałoby się, nieuchronnego nieszczęścia statek wysłano z czarnym żaglem, ale Ajgeus dał im dodatkowo biały żagiel, który sternik miał podnieść, wracając, jeśli zamiar syna się powiedzie, na znak, że wszyscy wysłani wracają cali i zdrowi. Tezeusz zabił Minotaura, ale w drodze powrotnej z radości zapomniał, i on, i sternik, żeby zmienić żagiel na biały. Ajgeus, ujrzawszy na powracającym statku czarny żagiel, z rozpaczy rzucił się ze skały do morza i zginął. Odtąd morze to nazywa się Morzem Egejskim.

Według autorów starożytnych wojna trojańska rozpoczęła się na przełomie XIII i XII wieku p.n.e., około roku 1180 p.n.e. Tezeusz żył pokolenie wcześniej, zatem od jego wyprawy na Kretę do śmierci Sokratesa upłynęło 800 lat. A mimo to współcześni Sokratesowi Ateńczycy uważali, że wyprawiają z procesją na wyspę Delos ten sam statek, którym płynął Tezeusz. W jaki sposób drewniany statek mógł przetrwać tak długo?

Plutarch podaje wyjaśnienie zagadki:

Ten trzydziestowiosłowy statek, na którym Tezeusz z młodymi zakładnikami wypłynął i szczęśliwie powrócił, Ateńczycy przechowywali aż do czasów Demetriosa z Faleronu (=ok. 300 p.n.e.). Naturalnie, wymieniali stare drewniane klepki i umieszczali nowe, mocne, a tak je przy tym zręcznie łączyli, że w dyskusjach filozofów (…) statek ów stał się konkretnym przykładem: jedni bowiem dowodzili, że to jest jeszcze ten sam, a drudzy — że już go w ogóle nie ma.
[Plutarch, „Żywoty równoległe. Tezeusz”, 23.1; tłum. Kazimierz Korus]

Statek Tezeusza stał się tradycyjnym przykładem dla filozofów rozpatrujących problem tożsamości obiektów, zaś współcześnie rozpatruje się też pokrewne mu zagadnienie tożsamości człowieka (np. Lem, Dialogi 1957; McMahan, The Ethics of Killing 2002). Skoro komórki naszego ciała są zastępowalne i faktycznie obumierają, a w ich miejsce powstają nowe, skoro wymienialne i faktycznie wymieniane na inne są atomy tworzące ciało, to co decyduje o tym, że dana osoba mimo to pozostaje wciąż tą samą osobą?

Do oryginalnego, starożytnego paradoksu tożsamości obiektu odnoszą się do dziś różne teksty kultury popularnej, między innymi:

To, milordzie, jest topór mojego rodu. Posiadamy go od prawie dziewięciuset lat. Oczywiście czasem potrzebował nowego ostrza. Czasami wymagał innego drzewca, innych deseni na metalu, odnowienia ornamentacji… Ale czy wciąż nie jest to ten sam dziewięćsetletni rodowy topór? A ponieważ z latami zmieniał się delikatnie, wie pan, wciąż jest to całkiem dobry topór. Całkiem dobry. Czy powie mi pan, że to też podróbka?
[Terry Pratchett, „Piąty elefant”; przeł. Piotr W. Cholewa]
Tezeusz i Ariadna na statku, mozaika rzymska
Tezeusz i Ariadna na statku, mozaika rzymska; Kunsthistorisches Museum Wiedeń

piątek, 2 stycznia 2026

Jedne wykopaliska, trzy kobiety

Sto lat temu British Museum i amerykańskie Muzeum Uniwersytetu Pensylwanii uzgodniły wspólne finansowanie łączonej ekspedycji archeologicznej do prac badawczych w południowej Mezopotamii, na wzgórzu kryjącym pozostałości starożytnego sumeryjskiego miasta Ur. Na kierownika przedsięwzięcia wyznaczono doświadczonego brytyjskiego archeologa Leonarda Woolleya. Prace trwały przez dwanaście sezonów, od roku 1922 do 1934, z czego ostatnie dwa poświęcono głównie na zabezpieczenie terenu wykopalisk. Przyniosły nie tylko wiele cennej wiedzy historycznej, ale też odkrycie skarbów sztuki sumeryjskiej, które trafiły na pierwsze strony gazet. W roku 1935 w uznaniu zasług Woolley otrzymał z rąk króla Jerzego tytuł szlachecki.

Początki nie były łatwe. Miejscowi robotnicy, zatrudnieni do kopania, nie mieli doświadczenia w tego rodzaju pracach ani nie rozumieli ich sensu i znaczenia. Sądzili, że chodzi o szukanie skarbów. Kiedy pogłębiono jeden z wykopów próbnych i znaleziono w nim gliniane i wapienne naczynia, drobne przedmioty z brązu i koraliki z kamieni półszlachetnych, Woolley nabrał podejrzeń, że zapewne były tam również koraliki ze złota. Gdy ogłosił, że wypłaci nagrodę za znalezienie takich przedmiotów, przewyższającą ich materialną wartość, koraliki się znalazły. Robotnicy odkupili je od złotników, którym je wcześniej sprzedali.

Woolley odłożył na później zbadanie „złotego wykopu”, jak nazywali go robotnicy. Odkopywano kolejne warstwy miasta, odkrywając mury miejskie, świątynie, siedziby władców i arcykapłanek, a także zwykłe domy mieszkalne.

W trzecim sezonie prac na terenie wykopalisk w Ur pojawili się goście. Pułkownik Joseph Tainsh był pracownikiem brytyjskiej administracji: dyrektorem Irackich Kolei Państwowych. Towarzyszyła mu żona oraz mieszkająca u nich Katharine Keeling, młoda wdowa po brytyjskim oficerze. Podczas wojny wstąpiła do Czerwonego Krzyża i pracowała jako pielęgniarka wojskowa w szpitalu polowym w Aleksandrii, później, pod koniec wojny, w obozie dla jeńców rosyjskich w Polsce. W roku 1924 wyjechała do Iraku z listem polecającym, by ponownie podjąć pracę jako pielęgniarka.

Po przybyciu do Bagdadu Katharine zatrzymała się u państwa Tainsh, a ci pewnego dnia zabrali ją na wykopaliska w Ur. Okazało się to zdarzeniem, które wiele zmieniło w jej życiu. Leonarda Woolleya zafascynował nie tylko jej urok osobisty, ale również jej zdolności jako rysowniczki, umiejętność wykonywania dokładnych rysunków obiektów wyłaniających się z wykopalisk. Zaprosił ją na dłuższy pobyt w kolejnym sezonie i zaproponował stanowisko wolontariuszki.

W sezonie 1925–1926 w pracach wykopaliskowych uczestniczyli: Leonard Woolley, kierownik zespołu, Max Mallowan, główny asystent Woolleya, świeżo po studiach w Oxfordzie, Algernon Whitburn, architekt odpowiedzialny za wykreślanie planów odkrytych budowli, oraz Leon Legrain, specjalista od pisma klinowego. Było jeszcze trzystu miejscowych robotników oraz nadzorujący ich pracę arabski brygadzista, Hammoudi ibn Ibrahim, współpracujący z Woolleyem od czasu wykopalisk w Karkemisz. Jego starszy syn Jahia pomagał jako młodszy brygadzista i wykonywał dokumentację fotograficzną. Sami mężczyźni.

Za oficjalny początek stałej pracy pani Keeling na terenie wykopalisk w Ur można uznać wiosnę 1926 roku, kiedy Mallowan postarał się o rozbudowanie siedziby ekspedycji o nowe pomieszczenie: przeznaczoną specjalnie dla Katharine łazienkę. Jeszcze w tym samym sezonie Woolley podjął decyzję o zatrudnieniu rysowniczki i wypłacaniu jej pensji. Jako kierownik składał sponsorom regularne sprawozdania, więc wkrótce dowiedzieli się o sprawie i wyrazili swoje oburzenie. Dyrektor Muzeum Uniwersytetu Pensylwanii uznał wspólne zamieszkiwanie i stałą obecność młodej samotnej kobiety w gronie samotnych, nieżonatych mężczyzn za sytuację niestosowną i nieakceptowalną, utrzymując, że będzie co najmniej rozpraszać ich w pracy. Daremnie Woolley przekonywał, że przeciwnie, obecność damy ma pozytywny wpływ na zachowanie kolegów w obozie. Groziło odcięcie finansowania.

Pozostało tylko jedno wyjście. W kwietniu 1927 roku Leonard Woolley i Katharine Keeling wzięli ślub. Problem został rozwiązany.

Robotnicy nabrali doświadczenia i Woolley przystąpił do dokładniejszego zbadania otoczenia obiecującego „złotego wykopu”. Natrafił na duże cmentarzysko miejskie z wczesnej epoki brązu, funkcjonujące przez trzysta lat, począwszy od ok. 2600 p.n.e. Większość z ponad 2000 pochówków stanowiły zwyczajne, proste groby pojedynczych osób, których ciała przed przysypaniem ziemią owinięto trzcinowymi matami lub złożono w niezachowanych drewnianych trumnach, z niewielką ilością towarzyszących przedmiotów codziennego użytku. Uwagę przyciągało kilkanaście odmiennych grobów, wyróżniających się konstrukcją z kamienia i cegły, obecnością licznych cennych darów grobowych oraz występowaniem dodatkowych jam lub komór grobowych z osobami towarzyszącymi głównemu zmarłemu. Woolley uznał te imponujące pochówki za groby królewskie; nazwy tej używa się do dziś.

4 stycznia 1928 roku wysłał telegram do sponsorów. Chcąc zapobiec przedwczesnemu ujawnieniu sensacyjnego odkrycia przez postronne osoby, przepisujące tekst wiadomości, napisał go po łacinie:

TUMULUM SAXIS EXSTRUCTUM LATERICIA ARCATUM INTEGRUM INVENI REGINAE SHUBAD…

Znalazłem nienaruszony grobowiec, zbudowany z kamienia, przykryty sklepieniem z cegieł, królowej Szubad, w sukni zdobionej cennymi kamieniami, z kwietną koroną, figurami zwierząt. Grobowiec wspaniały, z klejnotami i złotymi pucharami. Woolley.

Sumeryjskim imieniem „Szubad”, jak je odczytał Woolley, nazywano Damę z Ur przez wiele lat po odkryciu jej grobowca, między innymi np. w polskim wydaniu książki Cerama Bogowie, groby i uczeni z 1958, w Zapomnianym świecie Sumerów Marcina Bielickiego z 1966, w młodzieżowej powieści Ewy Nowackiej Szubad żąda ofiary z 1969. Obecnie odczytuje się je jako akadyjskie, w brzmieniu: Puabi, Pu-abi.

Katharine Woolley wykonała rysunki grobu królowej i rozmieszczenia w nim przedmiotów i szkieletów, sporządziła też pierwszą rekonstrukcję jej głowy w przybraniu: z wielkimi, półksiężycowymi kolczykami ze złota, zwisającymi z uszu, i ze złotą przepaską oplatającą perukę, zwieńczoną złotymi kółkami, listkami i kwiatami na szczycie, zdobioną koralikami z niebieskiego lapis-lazuli i czerwonego karneolu. Katharine opracowała również dokumentację rysunkową pozostałych grobów królewskich.

Z olśniewającym odkryciem mogło rywalizować tylko znalezienie grobowca Tutenchamona przez Cartera kilka lat wcześniej. Zdjęcia znalezionych w grobach wspaniałych skarbów sztuki sumeryjskiej trafiły na pierwsze strony gazet, a na wykopaliskach w Ur pojawiła się kolejna kobieta.

W październiku, po kilkunastu latach pożycia, ostatecznie rozwiodła się z mężem, który dwa lata wcześniej wyznał jej, że kocha inną, młodszą, i domagał się zerwania małżeństwa. Po rozstaniu zamierzała ochłonąć w ciepłym klimacie Karaibów, kiedy dwa dni przed planowanym terminem wyjazdu znajomi podsunęli jej inny kierunek. Kupiła bilet na Orient Express i w listopadzie ruszyła w podróż pociągiem do Stambułu. Po krótkim odpoczynku udała się do Bagdadu, skąd przyjechała na teren wykopalisk.

Katharine przywitała ją z radością, lubiła jej książki. Przybyłą kobietą była Agatha Christie, autorka poczytnych powieści kryminalnych. Główny asystent i zastępca kierownika ekspedycji, Max Mallowan, odbywał akurat rekonwalescencję w Londynie po problemach z wyrostkiem, więc panią Christie po wykopaliskach oprowadzał sam Leonard Woolley. Miał bujną wyobraźnię i potrafił barwnie opowiadać: pokazywał jej między innymi narożny dom, w którym jego zdaniem mieszkał biblijny Abraham, zanim jego ojciec Terach wraz z rodziną „wyruszył z Ur chaldejskiego, aby się udać do kraju Kanaan”. Obie panie polubiły się i zaprzyjaźniły. Katharine zaprosiła Agathę na kolejny sezon.

Pisarka powróciła na wykopaliska w Ur na początku 1930 roku. Poznała wówczas Maxa Mallowana, młodszego od niej o 13 lat. Jesienią tego samego roku wzięli ślub. Katharine Woolley była niechętna stałej obecności drugiej kobiety na wykopaliskach w Ur, więc Max opuścił ekspedycję i razem z Agathą przyjęli zaproszenie Thompsona do wzięcia udziału w pracach archeologicznych w Niniwie, w północnej Mezopotamii. Odtąd Agatha wielokrotnie towarzyszyła mężowi podczas wykopalisk na Bliskim Wschodzie. W dzień pomagała oczyszczać znalezione przedmioty, po południu pisała kolejne powieści, między innymi Morderstwo w Orient Expressie (1934) oraz Morderstwo w Mezopotamii (1936), w której postać żony głównego archeologa, Luizy Leidner, została wzorowana na Katharine Woolley.

Max i Agatha przeżyli wspólnie 45 lat, aż do śmierci Agathy w roku 1976.

Katharine Woolley na wykopaliskach w Ur
Katharine Woolley na wykopaliskach w Ur.

czwartek, 1 stycznia 2026

O doborze lektur

Bacz następnie i na to, by czytanie wielu pisarzy i wszelkiego rodzaju książek także nie pociągnęło za sobą jakiejś chwiejności albo niestałości: trzeba się zajmować umysłami godnymi zaufania i z nich czerpać dla siebie pokarm, jeśli pragniesz przyswoić sobie coś takiego, co by trwale utrzymywało się w twej duszy. Kto wszędzie przebywa, ten nigdzie nie przebywa.


Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza” II; przeł. Wiktor Kornatowski.