W XXI wieku coraz częściej zdarza się, że uczniowie kwestionują tytułowanie nauczycieli szkół średnich, szczególnie liceów, „Panem profesorem”, “Panią profesor”, uważając to za wymysł nauczycieli, „bezprawnie przywłaszczających sobie nienależny tytuł naukowy”.
Prawdą jest, że nauczyciele kończą studia z tytułem magistra i raczej rzadko się zdarza, żeby mieli choćby doktorat, nie mówiąc już o tytule profesorskim, nadawanym przez prezydenta na wniosek środowiska naukowego. Ale przecież podobnie zwyczajowo zwracamy się do lekarzy grzecznościowo: „panie doktorze”, „pani doktor”, chociaż nie wiemy, czy zrobili doktorat i mają naukowy stopień doktora nauk medycznych, a w większości przypadków go nie mają. Ich tytuł zawodowy, otrzymywany po ukończeniu studiów, to „lekarz medycyny”. Do pań farmaceutek w aptece grzecznościowo mówi się „pani magister”, a kiedy w tym sfeminizowanym zawodzie zaczęli pojawiać się mężczyźni, zaczęto zwracać się do nich „panie magistrze”.
Wszystkie te formy grzecznościowe nie wzięły się znikąd ani nie zainicjowali ich sami tytułowani.
Przypadek absolwentek i absolwentów farmacji jest najświeższy: pochodzi z XX wieku, kiedy aż do zmian pod koniec tego stulecia, osób z wykształceniem wyższym było w Polsce zaledwie kilka procent. Zwracanie się do kogoś tytułem „magister”, podobnie jak „inżynier”, było okazywaniem szacunku.
Najstarszy jest zwyczaj nazywania medyków „doktorami”, słowem, które pochodzi wprost z łaciny i oznaczało tego, który uczy, mistrza.
Pomiędzy nimi sytuuje się szkolny „profesor”. W dawnych nekrologach i na nagrobkach można napotkać towarzyszące imieniu i nazwisku zmarłego określenie „profesor gimnazjum”. W istocie „profesor gimnazjalny” była to formalna nazwa tytułu nauczycielskiego, różnego od profesora uniwersyteckiego. Wyglądało to następująco:
W drugiej połowie XIX wieku w Galicji młody człowiek planujący zostać nauczycielem gimnazjalnym musiał ukończyć kolejno: a) czteroletnią szkołę ludową, b) ośmioletnie, dwustopniowe gimnazjum, c) egzamin dojrzałości, d) czteroletnie studia na uniwersytecie. Przez co najmniej pięć semestrów (czyli dwa i pół roku) miał uczęszczać na wydział filozoficzny, pozostałe mógł studiować na jakimś innym wydziale, kierunkowym. Otwierało to przed nim drogę do nauczycielskiej kariery zawodowej (a po wydziale filozofii niewiele miał szans na inne posady). Następnie przez rok lub dwa pracował nieodpłatnie w gimnazjum lub w siedmioletniej szkole realnej jako aplikant nauczycielski lub szkolił się na kursie jako praktykant. Inną możliwością była posada zastępcy nauczyciela, płatna około 80-90 koron miesięcznie. Po tym czasie należało zdać płatny, trójetapowy, trudny egzamin przed kilkunastoosobową C. K. Naukową Komisją Egzaminacyjną dla Kandydatów na Nauczycieli Szkół Średnich. Opłata wstępna wynosiła 40 koron. Pierwszą częścią były pisane w domu rozprawy na zadany temat, osobno dla każdego z przyszłych przedmiotów nauczania, dodatkowo rozprawa filozoficzna lub pedagogiczna. Nauczyciele języków pisali w językach, jakich mieli uczyć (owszem, w przypadku języków klasycznych po łacinie i po grecku). Czas na dostarczenie prac wynosił trzy miesiące. Po otrzymaniu zawiadomienia o pozytywnej ocenie trzeba było uiścić dodatkowo 50 koron za kolejne etapy: egzamin pisemny w siedzibie komisji, ośmiogodzinny z głównego przedmiotu nauczania i czterogodzinny z pobocznego, a po pomyślnym zaliczeniu godzinny ustny. Egzamin poprawkowy oznaczał powtórne opłaty, odsiew był spory. Po zdaniu egzaminu zastępca nauczyciela, który przeciętnie miał wówczas 30 lat, otrzymywał wyższą stawkę (ok. 120 koron) i oczekiwał… aż zwolni się posada. Kiedy ją wreszcie uzyskał, jako tzw. „nauczyciel rzeczywisty” (IX ranga urzędnicza) zarabiał ok. 230 koron miesięcznie plus ewentualnie dodatek zależny od wielkości miasta, w którym pracował, oraz pięcioletni dodatek za staż pracy. Po przepracowaniu 10, czasem nawet 15 lat, mógł otrzymać tytuł profesora (VIII ranga); na szczęście stopniowo czas oczekiwania na ten awans się skracał i później nauczyciele dostawali ten tytuł już po kilku latach. Posada profesora gimnazjalnego oznaczała większy prestiż, ale też osiągnięcie pełnej stabilizacji: władze mogły go przesunąć do placówki w innym mieście tylko za jego zgodą, przywilej, którego nie miał zwykły nauczyciel. Uff!
Już wówczas wszystkich nauczycieli gimnazjalnych na etacie, nawet bez egzaminu, nazywano na co dzień „profesorami”, nie wnikając w ich faktyczny status i rangę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz