sobota, 7 lutego 2026

Ani słowa o Helenie

Starożytni Grecy od pradawnych czasów wiedzieli, że w odległych krainach żyją ludzie mówiący innymi językami, mający inne obyczaje i wyglądający zupełnie inaczej. W szczególności wiedzieli, że na południe od Egiptu mieszkają ludy o bardzo ciemnej skórze, choć ich bliżej nie rozróżniali. Nazywali je Etiopami (𝘈𝘪𝘵𝘩𝘪𝘰𝘱𝘦𝘴), co po grecku oznacza „spalone twarze”, a ich ziemie Etiopią. Kolor ich skóry przypisywali silnemu działaniu gorąca słonecznego. Użyczony przez Heliosa synowi rydwan słońca, powożony przez młodego, niedoświadczonego Faetona, miał w swoim pędzie po niebie niebezpiecznie zbliżyć się do ziemi, zanim Zeus uśmiercił lekkomyślnego woźnicę piorunem. To właśnie wtedy Etiopowie stali się tak bardzo ciemnoskórzy.

Chociaż Grecy dostrzegali i opisywali odmienny wygląd fizyczny mieszkańców innych krain — trudno było tego nie dostrzec — obca im była koncepcja podziału ludzi na rasy, powstała później w nowożytnej Europie. Używali podziału na ludy. Bliscy i pokrewni byli ci, którzy mieli ten sam lub podobny język, obyczaje, wierzenia. W tym podziale „Etiopowie” było de facto nazwą zbiorczą, ale to dlatego że przez długi czas nie zdawano sobie sprawy z istnienia różnych, odmiennych ludów o podobnie ciemnej karnacji.

W kulturze greckiej Etiopowie występowali już w czasach przed dziejami historycznymi. Podróżujący po świecie heros Perseusz uratował przed morskim potworem przeznaczoną na ofiarę etiopską królewnę Andromedę. Zakochał się, poślubił ją, wrócił z nią do Grecji i założył miasto Mykeny. Potomkowie tej pary rządzili jako królowie Myken, tych samych potężnych Myken, których władcą był później Agamemnon, wódz naczelny wyprawy przeciw Troi. Wśród sojuszników przybyłych z odsieczą Trojanom znalazł się król Etiopów Memnon, syn Jutrzenki, na czele swoich wojsk. Memnon zabił syna Nestora, walczył w pojedynku z Achillesem i go zranił, choć ostatecznie zginął z jego ręki. Opowiadał o jego udziale zaginiony poemat epicki „Etiopida", należący do tzw. cyklu trojańskiego, przedstawiającego, łącznie z „Iliadą" i „Odyseją", pełne dzieje wojny trojańskiej i wydarzeń z nią związanych.

Wzmianka o Etiopach pojawia się również w samej „Iliadzie”, kiedy Tetyda rozmawia z Achillesem, każe mu czekać i wyjaśnia, dlaczego uda się w jego sprawie na Olimp dopiero za niemal dwa tygodnie:

ponad Okean Dzeus bowiem do Etijopów bez skazy
udał się wczoraj na ucztę, z nim razem wszyscy bogowie.
Lecz gdy dzień minie dwunasty, znów Dzeus na Olimp powróci.
[„Iliada” I 423–425; przeł. Kazimiera Jeżewska]

Epitet „bez skazy” (𝘢𝘮𝘺𝘮𝘰𝘯), nigdy nie stosowany w stosunku do bogów, miał znaczenie dosłowne, ale oznaczał również „szlachetny, szlachetnie urodzony”. W „Odysei” Homer nazywa tak nawet Ajgistosa, kochanka Klitajmestry, mordercę Agamemnona, kilka wersów po uwadze:

Wtedy Posejdon przebywał daleko pośród Ajtiopów,
którzy mieszkają na kresach ziemi i tworzą dwa szczepy:
tam, gdzie Hyperion zachodzi — jeden, a drugi — gdzie wschodzi.
Od nich przyjmował ofiary z byków stu oraz baranów.
Siedząc przy uczcie, się bawił
[„Odyseja” I 21–25; przeł. Robert R. Chodkowski]

Jak widać, dla Homera Etiopowie mieszkali na krańcach świata, gdzieś daleko nad brzegami Okeanosu, opływającego ziemię. Wzmianek o Etiopach jest u Homera łącznie pięć, wszystkie prócz jednej podobnie ogólnikowe, o ucztowaniu u nich bogów. W tej jednej odmiennej Melenaos podczas wizyty Telemacha opowiada, jak zdobywał majątek, przez kilka lat tułając się po całym świecie:

A wędrowałem na Cypr, zwiedziłem Fenicję i Egipt,
byłem też u Ajtiopów, w Sydonie i u Eremów,
W Libii, gdzie się jagnięta od razu rodzą z rogami
[„Odyseja” IV 83–85]

Horyzonty Greków znacznie poszerzyły się parę wieków po Homerze, kiedy powstało rozległe imperium perskie, obejmujące Egipt i sięgające aż po Indie. Podróżował po nim Herodot, człowiek ciekawy świata, zamiłowany gawędziarz. Wśród różnych informacji o Etiopach, graniczących z Egipcjanami, pisze o ich wyglądzie, i co może wydawać się zaskakujące, także od strony estetycznej:

Gdzie słońce od południa skłania się ku zachodowi, tam rozciąga się Etiopia jako ostatni z tej strony kraj zamieszkałej ziemi. Wydaje ona w wielkiej ilości złoto, olbrzymie słonie, wszelakie dzikie drzewa, heban i ludzi bardzo rosłych, bardzo pięknych i najdłużej żyjących.
[Herodot, „Dzieje” III 114; tłum. Seweryn Hammer]
A ci Etiopowie, do których posyłał Kambizes, mają być najroślejszymi i najpiękniejszymi ze wszystkich ludzi.
[„Dzieje” III 20]

Zachowały się ówczesne greckie dzieła sztuki przedstawiające Etiopów. Wizerunki na amforach, dzbany w kształcie głów, a nawet niecodzienny kielich do wina w formie dwóch głów po dwu stronach: białej, a właściwie pomarańczowawej, w naturalnym kolorze gliny, oraz czarnej, o negroidalnych rysach, z dwa razy powtórzonym na obwodzie ponad nimi napisem „Ten chłopiec jest ładny”.

Tym, czego rzeczywiście trudno byłoby się po Grekach spodziewać, był… Zeus Aithiops. Według ułożonego przez Likofrona (III w. p.n.e.) zawiłego, trudno zrozumiałego poematu „Aleksandra” (tj. Kasandra), przepowiadającego w zagadkowych, proroczych słowach trojańskiej księżniczki przyszłe losy miasta i bohaterów wojny, na greckiej wyspie Chios u wybrzeży Azji Mniejszej czczono Zeusa pod przydomkiem Aithiops. Starożytna tradycja wskazuje na Chios lub miasto Smyrnę, dzisiejszy Izmir, na położonym naprzeciwko lądzie, jako miejsce urodzenia Homera.

Hera, Zeus i Afrodyta, kadr z filmu Troja: Upadek miasta
Inge Beckmann, Hakeem Kae-Kazim i Lex King jako Hera, Zeus i Afrodyta
w miniserialu „Troja: Upadek miasta”, 2018, koprodukcja BBC One i Netflix

środa, 4 lutego 2026

Profesor w szkole średniej

W XXI wieku coraz częściej zdarza się, że uczniowie kwestionują tytułowanie nauczycieli szkół średnich, szczególnie liceów, „Panem profesorem”, “Panią profesor”, uważając to za wymysł nauczycieli, „bezprawnie przywłaszczających sobie nienależny tytuł naukowy”.

Prawdą jest, że nauczyciele kończą studia z tytułem magistra i raczej rzadko się zdarza, żeby mieli choćby doktorat, nie mówiąc już o tytule profesorskim, nadawanym przez prezydenta na wniosek środowiska naukowego. Ale przecież podobnie zwyczajowo zwracamy się do lekarzy grzecznościowo: „panie doktorze”, „pani doktor”, chociaż nie wiemy, czy zrobili doktorat i mają naukowy stopień doktora nauk medycznych, a w większości przypadków go nie mają. Ich tytuł zawodowy, otrzymywany po ukończeniu studiów, to „lekarz medycyny”. Do pań farmaceutek w aptece grzecznościowo mówi się „pani magister”, a kiedy w tym sfeminizowanym zawodzie zaczęli pojawiać się mężczyźni, zaczęto zwracać się do nich „panie magistrze”.

Wszystkie te formy grzecznościowe nie wzięły się znikąd ani nie zainicjowali ich sami tytułowani.

Przypadek absolwentek i absolwentów farmacji jest najświeższy: pochodzi z XX wieku, kiedy aż do zmian pod koniec tego stulecia, osób z wykształceniem wyższym było w Polsce zaledwie kilka procent. Zwracanie się do kogoś tytułem „magister”, podobnie jak „inżynier”, było okazywaniem szacunku.

Najstarszy jest zwyczaj nazywania medyków „doktorami”, słowem, które pochodzi wprost z łaciny i oznaczało tego, który uczy, mistrza.

Pomiędzy nimi sytuuje się szkolny „profesor”. W dawnych nekrologach i na nagrobkach można napotkać towarzyszące imieniu i nazwisku zmarłego określenie „profesor gimnazjum”. W istocie „profesor gimnazjalny” była to formalna nazwa tytułu nauczycielskiego, różnego od profesora uniwersyteckiego. Wyglądało to następująco:

W drugiej połowie XIX wieku w Galicji młody człowiek planujący zostać nauczycielem gimnazjalnym musiał ukończyć kolejno: a) czteroletnią szkołę ludową, b) ośmioletnie, dwustopniowe gimnazjum, c) egzamin dojrzałości, d) czteroletnie studia na uniwersytecie. Przez co najmniej pięć semestrów (czyli dwa i pół roku) miał uczęszczać na wydział filozoficzny, pozostałe mógł studiować na jakimś innym wydziale, kierunkowym. Otwierało to przed nim drogę do nauczycielskiej kariery zawodowej (a po wydziale filozofii niewiele miał szans na inne posady). Następnie przez rok lub dwa pracował nieodpłatnie w gimnazjum lub w siedmioletniej szkole realnej jako aplikant nauczycielski lub szkolił się na kursie jako praktykant. Inną możliwością była posada zastępcy nauczyciela, płatna około 80-90 koron miesięcznie. Po tym czasie należało zdać płatny, trójetapowy, trudny egzamin przed kilkunastoosobową C. K. Naukową Komisją Egzaminacyjną dla Kandydatów na Nauczycieli Szkół Średnich. Opłata wstępna wynosiła 40 koron. Pierwszą częścią były pisane w domu rozprawy na zadany temat, osobno dla każdego z przyszłych przedmiotów nauczania, dodatkowo rozprawa filozoficzna lub pedagogiczna. Nauczyciele języków pisali w językach, jakich mieli uczyć (owszem, w przypadku języków klasycznych po łacinie i po grecku). Czas na dostarczenie prac wynosił trzy miesiące. Po otrzymaniu zawiadomienia o pozytywnej ocenie trzeba było uiścić dodatkowo 50 koron za kolejne etapy: egzamin pisemny w siedzibie komisji, ośmiogodzinny z głównego przedmiotu nauczania i czterogodzinny z pobocznego, a po pomyślnym zaliczeniu godzinny ustny. Egzamin poprawkowy oznaczał powtórne opłaty, odsiew był spory. Po zdaniu egzaminu zastępca nauczyciela, który przeciętnie miał wówczas 30 lat, otrzymywał wyższą stawkę (ok. 120 koron) i oczekiwał… aż zwolni się posada. Kiedy ją wreszcie uzyskał, jako tzw. „nauczyciel rzeczywisty” (IX ranga urzędnicza) zarabiał ok. 230 koron miesięcznie plus ewentualnie dodatek zależny od wielkości miasta, w którym pracował, oraz pięcioletni dodatek za staż pracy. Po przepracowaniu 10, czasem nawet 15 lat, mógł otrzymać tytuł profesora (VIII ranga); na szczęście stopniowo czas oczekiwania na ten awans się skracał i później nauczyciele dostawali ten tytuł już po kilku latach. Posada profesora gimnazjalnego oznaczała większy prestiż, ale też osiągnięcie pełnej stabilizacji: władze mogły go przesunąć do placówki w innym mieście tylko za jego zgodą, przywilej, którego nie miał zwykły nauczyciel. Uff!

Już wówczas wszystkich nauczycieli gimnazjalnych na etacie, nawet bez egzaminu, nazywano na co dzień „profesorami”, nie wnikając w ich faktyczny status i rangę.

środa, 28 stycznia 2026

Niezwykłe zwycięstwo

W roku 648 p.n.e. do programu igrzysk w Olimpii wprowadzono pankration, brutalną, niebezpieczną dyscyplinę będącą połączeniem boksu i zapasów. Pankration przypominał dzisiejsze mieszane sztuki walki (MMA). Jego nazwa, powstała przez połączenie słów 𝘱𝘢𝘯 („cały, wszech-”) oraz 𝘬𝘳𝘢𝘵𝘰𝘴 („siła, moc”), oznaczała użycie wszystkich sił. Zawodnicy stosowali niemal wszelkie możliwe sposoby walki wręcz bez użycia broni: ciosy pięścią, kopnięcia, chwyty, dźwignie, rzuty, wykręcanie rąk i nóg, a nawet duszenie. Zabronione było tylko wsadzanie palców do oczu oraz gryzienie i drapanie. Spartanie nawet i to uważali za dozwolone, uznawali walki w pankrationie za przygotowanie do zmagań podczas wojny. Nie było podziału na kategorie wagowe ani ustalonego czasu trwania walki. Kończyła się, gdy jeden z zawodników uniósł rękę, uznając się za pokonanego, albo też zginął, co się niekiedy zdarzało. Jego rywal zostawał zwycięzcą.

Jednym z najsłynniejszych mistrzów pankrationu był Arrichion z Figalii na Peloponezie. Dwukrotny zwycięzca olimpijski, w roku 564 p.n.e. stawił się na igrzyskach po raz kolejny.

Po serii wygranych rund pozostał Arrichionowi tylko jeden, ostatni przeciwnik. Rywal ma przewagę. Góruje nad Arrichionem, który klęczy, wsparty na rękach i kolanach. Przeciwnik przygniótł mu biodra udami, końcami stóp blokuje mu kolana, zgiętym ramieniem oplata szyję, przydusza gardło. Pozbawiony oddechu Arrichion zaczyna tracić przytomność. Słyszy jeszcze wołanie swojego trenera Eryksiasa: „Jaki to piękny nagrobek: nie poddał się w Olimpii!”. Arrichion kopie i odpycha prawą stopę przeciwnika, wyciągniętą w tył ręką przyciąga ją do siebie. Przysiada na lewej nodze, blokując stopę tamtego, zakleszczoną w zgięciu kolana. Wciąż duszony, bliski śmierci, chwyta w podwójny uścisk prawą stopę rywala i gwałtownie przekręca. Stopa łamie się w kostce. Wrogi zapaśnik nie wytrzymuje bólu i unosi rękę.

Widzowie zrywają się z siedzeń, wymachują rękami, podskakują, z radości poklepują sąsiadów. Arrichion leży nieruchomo. Sędziowie uwieńczyli gałązką oliwną martwe ciało zwycięzcy.


Pauzaniasz, „Wędrówki po Helladzie" VIII 40.1-2; przeł. Janina Niemirska-Pliszczyńska.
Filostrat Starszy, „Obrazy” II 6; przeł. Remigiusz Popowski.
Flawiusz Filostratos, „O atletyce” 21; przeł. Marian Szarmach.
George M. Hollenback, „Deaths in the Pan-Hellenic Games: The Case of Arrachion Reconsidered” [w:] „Nikephoros” 23 (2010), s. 95-104.