13 marca 1781 roku brytyjski muzyk z zawodu i astronom z zamiłowania, William Herschel, badając małe gwiazdy w gwiazdozbiorze Byka, zauważył wśród nich słabo świecący punkcik. Punkcik wydawał się nieco większy niż sąsiednie. Kiedy Herschel zastosował dwa kolejne, coraz mocniejsze ustawienia teleskopu, wrażenie potwierdziło się. Choć pobliskie gwiazdy niewiele zmieniły wówczas swój wygląd, rozmiar plamki wzrastał proporcjonalnie do powiększenia przyrządu, a jednocześnie stawała się ona bardziej niewyraźna, w przeciwieństwie do nadal ostrego obrazu gwiazd. Tę cechę w obserwacjach teleskopowych miały tylko obiekty znacznie bliższe Ziemi niż gwiazdy: komety i planety. Herschel uznał, że odkryty obiekt to kometa.
Przez następne noce prowadził pomiary mikrometryczne, notując pozycję obiektu w stosunku do pobliskiej gwiazdy. Nie minęło wiele dni, kiedy stwierdził, że obiekt bardzo powoli porusza się względem gwiazd. Porusza się mniej więcej w płaszczyźnie ekliptyki, jak wszystkie planety, i w tym samym kierunku co one. Jak typowe komety. Po miesiącu pomiarów Herschel powiadomił o swoim odkryciu królewskiego astronoma, który z kolei przekazał wiadomość kolegom z Francji. Europejscy astronomowie przeprowadzili własne obserwacje i wkrótce podjęto próby obliczenia orbity nowej komety. Bez powodzenia.
Przyjmowano, że orbita nowego obiektu jest paraboliczna i rzeczywiście dawało się z rozsądnym przybliżeniem dopasować ograniczoną liczbę obserwacji do pewnej paraboli. Jednak po kilku dniach faktyczna pozycja obiektu nie dawała się uzgodnić z obliczoną. Uwzględnienie w obliczeniach nowych pozycji dawało nową parabolę, która po pewnym czasie znów rozbiegała się z obserwowanym położeniem ciała na niebie. Nic dziwnego, gdyż powszechnie uważano, że obiekt jest kometą i w związku z tym zakładano, że jego perihelium (punkt orbity, w którym najbardziej zbliża się do Słońca) nie sięga dalej niż orbita Jowisza. Dla żadnej ze znanych około stu komet perihelium nie wypadało dalej niż pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza, a dla większości z nich mieściło się wewnątrz orbity Ziemi. Oba założenia przyjmowane do obliczania orbity nowego obiektu były błędne.
W maju 1781 pewien francuski astronom oszacował, że perihelium nowej komety znajduje się w odległości co najmniej dwunastu promieni orbity Ziemi, czyli za orbitą Saturna, najdalszej z ówcześnie znanych planet. Przyjęta przez niego wartość znacznie zwiększała dokładność dopasowania obliczeń do obserwacji, ale prawdziwego przełomu dokonał Anders Johan Lexell, fińsko-szwedzki astronom i matematyk. Rozwiązaniem była kołowa orbita o promieniu równym około dziewiętnastu promieniom orbity ziemskiej. Obiekt znajdował się dwa razy dalej od Słońca niż Saturn. Ze wszystkich przesłanek stało się jasne, że odkryto nową planetę.
Po kilku miesiącach, kiedy planeta przesunęła się bardziej po niebie, wyznaczono dokładniej jej odległość od Słońca. Niewielkie odchylenia od obliczeń wskazywały, że jej orbita nie jest okręgiem, ale nieznacznie spłaszczoną elipsą. W styczniu 1783, po niemal dwóch latach od pierwszej obserwacji Herschela, zasłużony francuski astronom Lalande ogłosił swoje wyniki obliczeń parametrów eliptycznej orbity nowego ciała niebieskiego.
Kiedy teraz było już pewne, że Herschel odkrył nową planetę, pierwszą planetę od czasów starożytnych, wypadało nadać jej specjalną nazwę. Zaszczyt przypadał oczywiście odkrywcy. Herschel za namową członków Towarzystwa Królewskiego, w tym sir Josepha Banksa, prezesa tej instytucji, nazwał planetę 𝘎𝘦𝘰𝘳𝘨𝘪𝘶𝘮 𝘚𝘪𝘥𝘶𝘴, czyli Gwiazdą Jerzego, na cześć ówczesnego brytyjskiego monarchy, króla Jerzego III. Rok wcześniej władca przyznał Herschelowi 2000 funtów na ulepszenie teleskopów oraz roczną pensję 200 funtów, stawiając jedynie warunek, że ten przeprowadzi się z południowo-zachodniej Anglii w pobliże Windsoru, żeby rodzina królewska mogła czasem popatrzeć sobie przez teleskopy, oprowadzana przez słynnego astronoma. Nazwa „Gwiazda Jerzego”, jak łatwo można było przewidzieć, nie spodobała się na kontynencie. Lalande proponował, żeby planetę nazwać na cześć odkrywcy: Herschel. Daniel Bernoulli, znany fizyk i matematyk, podsuwał nazwy opisowe: Transaturnis (Poza-Saturn) oraz Hypercronius (Nad-Kronius, Kronos to grecki odpowiednik rzymskiego Saturna). Inni astronomowie europejscy zwracali uwagę, że nazwy wcześniej znanych planet: Merkury, Wenus, Mars, Jowisz i Saturn, stanowią bez wyjątku imiona antycznych bóstw. Nową planetę proponowano więc nazwać Minerwą, Astreą, Cybele… Pojawiła się też propozycja „kompromisowa”: „Neptun Jerzego III” lub „Neptun Wielkiej Brytanii”, co miało upamiętniać zwycięstwa floty brytyjskiej nad zbuntowanymi koloniami amerykańskimi.
W Wielkiej Brytanii obstawano przy Gwieździe Jerzego, we Francji przeważnie nazywano planetę Herschelem… Aż wreszcie berliński astronom Johann Bode (znany z prawa Titusa-Bodego), podsunął inną nazwę. Skoro ojcem rzymskiego boga Jowisza (piąta planeta od Słońca) był Saturn (szósta planeta), więc sensownie byłoby, gdyby następna, siódma planeta nosiła imię tego, kto był ojcem Saturna. Bode nową planetę nazwał Uranus, zlatynizowanym imieniem greckiego Uranosa, ojca Kronosa-Saturna i dziadka Zeusa-Jowisza. Nazwa Uran szybko zdobywała sobie popularność. Maximilian Hell, dyrektor obserwatorium w Wiedniu, używał jej w swoich wydawanych corocznie tablicach astronomicznych, niemiecki chemik Martin Klaproth w 1789 w nawiązaniu do nazwy nowej planety nadał odkrytemu przez siebie pierwiastkowi nazwę uranium. Stopniowo używaną powszechnie na kontynencie nazwę nowej planety przyjmowali również Brytyjczycy. Ostatnie skapitulowało Biuro Almanachu Nawigacyjnego Jej Królewskiej Mości, które przyjęło nazwę „Uran" w roku 1850.