sobota, 11 kwietnia 2026

Jak nie chcą jeść, niech piją!

Okręty rzymskie w ciszy płynęły na północ, wzdłuż zachodniego wybrzeża Sycylii. Wyruszyły z Lilybeum, gdzie blokowały od strony morza główną bazę kartagińską na wyspie. Dowódca wyprawy, na którą składało się dwieście pięciorzędowców, konsul Publiusz Klaudiusz Pulcher, zdecydował o wypłynięciu w bezksiężycową noc i wyprzedzającym uderzeniu z zaskoczenia na flotę Kartagińczyków gromadzoną pod Drepanum. Od wrogich jednostek dzieliło ich zaledwie 20 mil, parę godzin żeglugi. Na statku dowódcy znajdowała się niewielka drewniana klatka. A w niej kurczaki. Nie były jednak przeznaczone na posiłek.

Rzymscy kapłani, augurowie, z zachowania świętych ptaków wróżyli losy przedsięwzięcia. Otwierano klatki i rzucano im ziarno. Jeśli ptaki jadły z zapałem, był to dobry znak; jeśli ociągały się z jedzeniem, wróżba była niepomyślna, bogowie ostrzegali przed niepowodzeniem. Tym razem ptactwo nie chciało tknąć karmy. Wściekły Klaudiusz Pulcher rozkazał wrzucić kurczaki do morza, wołając: „Niech piją, skoro jeść nie chcą!”.

Klaudiusz Pulcher przed bitwą pod Drepanum
Klaudiusz Pulcher przed bitwą pod Drepanum.
Charlotte Mary Yonge, „A pictorial history of the world's great nations”, vol. 1.

Bitwa zakończyła się katastrofalną klęską, Klaudiusz stracił 180 okrętów, zginęło lub dostało się do niewoli 20 tysięcy Rzymian. Pod Drepanum Kartagina odniosła największe zwycięstwo morskie w tej wojnie.


Polibiusz, „Dzieje” 49-52.
Swetoniusz, „Żywoty cezarów. Tyberiusz” 2, tłum. Janina Niemirska-Pliszczyńska.

sobota, 21 marca 2026

Od piwa na tron

Dla zamieszkujących południową Mezopotamię Sumerów, podobnie jak dla Egipcjan, podstawowym, codziennym napojem było piwo. Pożywne, proste w produkcji i niewymagające specjalnych upraw. Wytwarzano je ze zboża, tak samo jak ze zboża wypiekano chleb, na długo powstaniem dużych ośrodków miejskich i przed wynalezieniem pisma.

W najstarszych dokumentach administracyjnych występują zawsze dwa składniki sumeryjskiego piwa. Pierwszy to ninda, czyli „chleb”, reprezentowany przez znak GAR, wykorzystywany pierwotnie do zapisu dziennych racji żywnościowych dla pracowników, określonej ilości kruszonego lub grubo mielonego zboża. Później ten składnik zapisywano dwoma znakami, z których pierwszy wyobrażał dzban piwa, a całość czytano jako bappir, co zwykle tłumaczy się: „chleb piwny”. Co ciekawe, jego ilości nigdy nie rejestrowano w sztukach, ale w miarach objętości. Drugim składnikiem był słód, munu, uzyskiwany z jęczmienia przez kiełkowanie i dostarczany w workach, koszach lub naczyniach. Około połowy III tysiąclecia p.n.e. znano już kilka rodzajów tego zbożowego napoju: zwykłe piwo jęczmienne, ciemne piwo, słodkie ciemne piwo, piwo odcedzone, piwo z pszenicy płaskurki.

Warzeniem piwa, co początkowo odbywało się w domu, zajmowały się zwykle kobiety. Nic dziwnego, że bóstwem patronującym piwowarstwu była bogini, Pani Piwa, Nin-Kas-si. Pierwszy znany opis procesu warzenia piwa zawiera „Hymn do Ninkasi”:

To ty zajmujesz się ciastem […] dużą łopatą, mieszając w jamie bappir ze słodkimi aromatami. Ninkasi, to ty zajmujesz się ciastem […] dużą łopatą, mieszając w jamie bappir ze słodkimi aromatami.

To ty pieczesz bappir w dużym piecu, układasz stosy łuskanego ziarna. Ninkasi, to ty pieczesz bappir w dużym piecu, układasz stosy łuskanego ziarna.

To ty polewasz słód leżący na ziemi; szlachetne psy strzegą przed możnowładcami. Ninkasi, to ty polewasz słód leżący na ziemi; szlachetne psy strzegą przed możnowładcami.

To ty moczysz słód w dzbanie; fale się wznoszą, fale opadają. Ninkasi, to ty moczysz słód w dzbanie; fale się wznoszą, fale opadają.

To ty rozprowadzasz gotowany zacier na trzcinowych matach; chłód przemaga… Ninkasi, to ty rozprowadzasz gotowany zacier na trzcinowych matach; chłód przemaga…

To ty trzymasz oburącz wielką słodką brzeczkę, warząc z miodem i winem. Ninkasi, to ty trzymasz oburącz wielką słodką brzeczkę, warząc z miodem i winem.

To ty […] słodką brzeczkę do naczynia. Ninkasi, to ty […] słodką brzeczkę do naczynia.

To ty ustawiasz we właściwy sposób kadź fermentacyjną, wydającą przyjemny dźwięk, na kadzi zbiorczej. Ninkasi, to ty ustawiasz we właściwy sposób kadź fermentacyjną, wydającą przyjemny dźwięk, na kadzi zbiorczej.

To ty wylewasz przefiltrowane piwo z kadzi zbiorczej; to przypływ Tygrysu i Eufratu. Ninkasi, to ty wylewasz przefiltrowane piwo z kadzi zbiorczej; to przypływ Tygrysu i Eufratu.

Ponieważ robotnicy otrzymywali piwo w ramach swoich dziennych racji żywnościowych, można się spodziewać, że dobierano proporcje słodu i wody w taki sposób, żeby kasz-du, „zwykłe piwo”, wzmiankowane w wielu rejestrach, zawierało niewiele alkoholu, około 1% lub mniej; zapewne przypominało nasz rodzimy, słowiański kwas chlebowy. Z drugiej strony źródła wskazują, że piwem raczono się również jako napojem alkoholowym, w podobnych sytuacjach, w jakich pijemy piwo współcześnie.

Bogini Inana udała się do Abzu, siedziby boga Enkiego i podczas wspólnej biesiady wykorzystała jego upojenie napitkiem, by wyprosić od niego me, boskie moce i prawa, związane z rozwojem cywilizacyjnym. Zanim statek bogini zdążył powrócić do Uruk, Enki obudził się, wytrzeźwiał i kilkakrotnie usiłował je odzyskać, lecz nadaremnie.

W innym micie, kiedy bogowie mieli już dość pracy przy kopaniu kanałów i uprawie roli, by móc się wyżywić, Enki postanowił stworzyć z gliny ludzi, by ich w tym zastąpili, a gdy plan udał się wyśmienicie, wyprawił ucztę, podczas której „Enki i Ninmah, po wychyleniu wielkiej ilości piwa, mieli serca radosne” (tłum. Krystyna Szarzyńska). Podchmielona bogini Ninmah lekkomyślnie rzuciła Enkiemu wyzwanie, ale przegrała rywalizację.

Oprócz zajmowania się warzeniem kobiety często prowadziły lokale, gdzie można było napić się piwa. Późniejszy co prawda, bo akadyjski kodeks prawny z Esznunny, z ok. 1900 p.n.e., zakazuje szynkarkom (sabitum) przyjmowania zapłaty od niewolników oraz sprzedawania piwa obcym po innej cenie niż powszechnie przyjęta; kodeks Hammurabiego (ok. 1750 p.n.e.) przewiduje kary dla szynkarek za oszukiwanie na ilości podawanego piwa oraz dla kapłanek za zakładanie lub nawet samo odwiedzanie takich miejsc.

Najbardziej zapewne znaną dziś szynkarką z Mezopotamii była Siduri, ze standardowej wersji akadyjskiego Eposu o Gilgameszu. Po długiej wędrówce przez ciągnący się pod górą mroczny tunel boga słońca Szamasza, zamieszkiwany przez ludzi-skorpiony, bohater wychodzi na cudowną nizinę. Siduri dostrzega go z daleka i rygluje drzwi, obawiając się, że obszarpaniec ma złe zamiary. Gilgamesz grozi wyważeniem drzwi, opisuje różne swoje wielkie czyny i opłakuje śmierć swojego przyjaciela Enkidu. Snuje czarne myśli o własnym ostatecznym losie i prosi ją o wskazanie drogi do Utnapisztima, który żyje wiecznie i zna sekret, jak to osiągnąć. Siduri początkowo radzi mu, by pogodził się ze swoją śmiertelnością i cieszył się życiem na ziemi, ale później spełnia jego prośbę.

Znacznie mniej znana jest inna ważna szynkarka, o której nie wiemy niemal nic.

Pod koniec III tysiąclecia p.n.e., za panowania III dynastii z Ur, powstała tzw. Sumeryjska lista królów, znana z kilkunastu kopii, w większości zachowanych fragmentarycznie. Miała ukazywać ciągłość władzy królewskiej nad całym krajem, następujących po sobie władców kolejnych dynastii, rządzących Sumerem od czasów przedpotopowych. Kolejne zmiany ośrodków władzy, kolejni mężczyźni jako królowie, aż pojawia się ona. Pierwsza kobieta na tronie królewskim.

Mari zostało pokonane, królestwo do Kisz zostało przeniesione. W Kisz Kug-Bau (Kubaba), szynkarka, ta, która uczyniła trwałymi podstawy Kisz, została królem (lugal), rządziła 100 lat. Jeden król, rządziła 100 lat. Kisz zostało pokonane, królestwo do Akszak zostało przeniesione.

Nie wiemy o niej nic więcej, poza tym, że później władzę w Kisz objął jej syn Puzur-Suen, a następnie wnuk, Ur-Zababa, który według legendy, przejęty wróżebnym snem, usiłował zgładzić swojego podczaszego, Sargona z Akadu.

sobota, 14 marca 2026

Jak cię piszą, tak cię widzą

Na terenach obecnego południowo-zachodniego Iranu kwitła w starożytności cywilizacja Elamu. Rozwinęła się nieco później niż sąsiadująca z nią cywilizacja sumeryjska: około roku 3200 p.n.e. Kilkaset lat później Elamici utworzyli potężne państwo, które upadło dopiero w VII wieku p.n.e., podbite przez Asyryjczyków, których zdobycze przejęli potem Medowie i Persowie. Chociaż dzieje Elamu są dłuższe niż historia Polski, zniknął, zanim mogli o nim usłyszeć pierwsi greccy dziejopisarze, toteż od antyku przez setki lat, aż do przełomu XIX i XX wieku, nie wiedziano o jego istnieniu.

Państwo Elamu od najdawniejszych czasów handlowało, rywalizowało i walczyło z sąsiadami znad Tygrysu i Eufratu. Najazdy władców Sumeru, Akadu, Babilonii, Asyrii, dążących do podporządkowania sobie Elamu, przeplatają się z wyprawami władców Elamu na zachód i próbami podbicia tych krajów. Jednym z najznamienitszych był Szutruk-Nahhunte, król-zdobywca, znany z wielu inskrypcji i wzmianek na tabliczkach babilońskich. W roku 1159 p.n.e. zaatakował Babilonię i zajął ważne, prastare miasta: Sippar, Esznunnę i Kisz. Następnie zdobył Babilon i po ucieczce babilońskiego króla podporządkował sobie cały kraj, nakładając daninę na podbite miasta i wioski. Powstało Imperium Elamu.

Z wielkiej świątyni w Babilonie Szutruk-Nahhunte wywiózł do Suzy posąg boga Marduka. Z kolei ze świątyni w Uruk zabrał posąg bogini Nany. Posąg Marduka zostanie kilkadziesiąt lat później odzyskany przez Nabuchodonozora; posąg Nany uwolni dopiero armia asyryjska pięćset lat później. Wywożenie posągów bogów miało wówczas również znaczenie praktyczne: podbitą ludność pozbawiano w ten sposób ochrony lokalnego bóstwa, uprowadzonego do kraju zdobywców.

W stołecznej Suzie Szutruk-Nahhunte wzniósł wiele budowli, między innymi pałacową świątynię poświęconą Inszuszinakowi, głównemu bogowi kraju. Świątynia i miasto wypełniły się dziełami sztuki zwiezionymi z podbitych miast Mezopotamii. To właśnie wyróżnia Szutruka-Nahhunte wśród innych władców. Bydło, jeńcy, zdobione sprzęty, klejnoty, biżuteria to zwyczajne zdobycze wojenne. Szutruk-Nahhunte był pierwszym królem Elamu, który zbierał dzieła kultury z podbitych krajów. Kolekcjonował je z pełną świadomością ich historycznego znaczenia.

Stela z Kodeksem Hammurabiego
Stela z Kodeksem Hammurabiego, ok. 1750 p.n.e., Muzeum w Luwrze.
Jedna ze zdobyczy Szutruka-Nahhunte wywiezionych do Suzy.

Najsłynniejszym dziś zabytkiem wywiezionym przez Szutruka-Nahhunte do Suzy jest odkryta w roku 1901 przez francuską ekspedycję archeologiczną, mierząca ponad dwa metry wysokości, czarna diorytowa stela z kodeksem praw Hammurabiego. Odkrycie wzbudziło sensację, spisany pismem klinowym tekst natychmiast opublikowano i szybko przetłumaczono na najważniejsze języki europejskie. Kodeks Hammurabiego obalał zakorzenione przez wieki przekonanie, że najstarszym spisanym systemem praw, regulujących różne dziedziny życia, są prawa objawione Mojżeszowi przez Boga na górze Synaj i spisane w biblijnych księgach Pięcioksięgu. Tymczasem Mojżesz miał żyć w XIII wieku p.n.e., podczas gdy prawa Hammurabiego pochodzą z XVIII wieku p.n.e., są o pół tysiąca lat starsze. Później odkryto jeszcze starsze kodeksy praw, ogłoszone przez mezopotamskich królów Lipit-Isztara (ok. 1930 p.n.e.) oraz Ur-Nammu (ok. 2100 p.n.e.).

Stela Naram-Sina
Stela Naram-Sina, ok. 2250 p.n.e., Muzeum w Luwrze.
Fot. Steven Zucker.

Najciekawszy jednak jest inny obiekt: dwumetrowa, wykonana z różowego wapienia stela upamiętniająca zwycięską wyprawę wojenną Naram-Sina, władcy żyjącego ponad tysiąc lat przed Szutrukiem-Nahhunte. Naram-Sin był wnukiem samego Sargona Wielkiego, założyciela dynastii akadyjskiej, twórcy pierwszego w dziejach imperium, obejmującego całą Mezopotamię aż po Morze Śródziemne, państwa, które podbiło również Elam. Szutruk-Nahhunte zdobył pomnik chwały wyrzeźbiony przez wrogów i zdobywców Elamu, ale też znak potęgi starożytnego imperium. Nie zniszczył ani zabytku, ani oryginalnego tekstu widniejącego na steli, lecz nakazał umieszczenie obok własnego napisu.

„Jam jest Szutruk-Nahhunte, syn Hallutusza-Inszuszinaka, umiłowany sługa boga Inszuszinaka, król Anszanu i Suzy, poszerzający swoje królestwo, obrońca Elamu, pan Elamu. Na rozkaz Inszuszinaka powaliłem Sippar. Pochwyciłem stelę Naram-Sina, zdobyłem i zabrałem, wracając do Elamu. I ustawiłem ją jako dar dla mego boga, Inszuszinaka”.
Górna część steli Naram-Sina
Górna część steli Naram-Sina.
Po lewej: widniejąca ponad głową władcy, częściowo wytarta inskrypcja (obramowana prostokątnym kształtem) sławi zwycięstwo Naram-Sina nad ludem Lulubejów z gór Zagros. Po prawej: inskrypcja upamiętniająca zdobycie Sippar przez Szutruka-Nahhunte i wywiezienie steli do Suzy.
Fot. Steven Zucker.

Stela przedstawia Naram-Sina w nakryciu głowy z rogami — w sztuce mezopotamskiej tradycyjnie przysługującym bóstwom — kroczącego na czele niepowstrzymanej, zwycięskiej armii. Poprzedzane chorążymi oddziały wspinają się w równym szyku po zalesionym zboczu górskim. W lewej Naram-Sin ręce trzyma łuk, w prawej topór bojowy. Nogą przygniata pierś pokonanego wroga, inni w chaosie padają martwi lub błagają o litość. Nad królem unoszą się dwie gwiazdy, symbole obecności patronujących mu bóstw: być może słonecznego boga sprawiedliwości i prawa Szamasza oraz Isztar, bogini wojny i miłości. Inskrypcja nad głową władcy zachowała się tylko fragmentarycznie: „Naram-Sin, potężny […] Sidur i Satuni, książęta Lulubejów, zebrali się […] wojnę”. Całość tworzy wrażenie odniesionego z woli bogów triumfu ładu i porządku cywilizacji nad barbarzyństwem.

Nic dziwnego, że przez dziesięciolecia panował w nauce wizerunek Lulubejów jako „dzikiego ludu” z gór Zagros, dokonującego łupieżczych wypraw na ziemie imperium akadyjskiego. Aż do roku 2019. Francuska ekspedycja archeologiczna ogłosiła odkrycie w górzystym terenie w pobliżu granicy irańsko-irackiej ruin starożytnego miasta z około 2200 roku p.n.e. Znaleziono w nim liczne narzędzia, zdobioną ceramikę, groty strzał z anatolijskiego obsydianu, formy do odlewania broni z brązu, szczątki zwierząt hodowlanych oraz… dziesiątki zapisanych pismem klinowym tabliczek administracyjnych, dotyczących odbioru i wydawania różnych rodzajów mąki. Język tabliczek to akadyjski, ale pojawiają się w nich nazwy miejsc i imiona z innego, nieznanego języka, zaś jednostka miary objętości jest lokalna, niewystępująca w Mezopotamii.

A co do triumfalnej steli zwycięstwa Naram-Sina nad Lulubejami: już od XIX wieku uczeni z Europy znają skalny relief z obecnej irańskiej części Kurdystanu. Przedstawia Anubaniniego, władcę plemiennego królestwa Lulubejów, panującego około roku 2300 p.n.e. Płaskorzeźbie towarzyszy inskrypcja w języku akadyjskim: „Anubanini, potężny król, król Lulubum, umieścił na górze Batir swój wizerunek i wizerunek bogini Ninni (=Inana-Isztar). Kto zniszczyłby te wizerunki i ten napis, niechaj go Anu, Antu, Enlil, Ninlil, Adad, Isztar, Sin i Szamasz przeklną śmiertelną klątwą!” Nad głową króla widnieje gwiazda, a przed nim stoi bogini Isztar sprowadzająca mu dwóch klęczących, skrępowanych jeńców. W lewej ręce król Anubanini trzyma łuk, w prawej topór bojowy. Nogą przygniata pierś pokonanego wroga.

środa, 11 marca 2026

Zaproszenie

W świecie antyku listów przeważnie nie pisano osobiście, ale dyktowano je osobom mającym doświadczenie w sprawnym pisaniu: sekretarzom lub lokalnym skrybom, zawodowo świadczącym usługi sporządzania i kopiowania różnego rodzaju pism. W przypadku korespondencji prywatnej, jeśli nadawca chciał podkreślić swoje zaangażowanie, grzecznie było dopisać na końcu kilka słów własną ręką. O takiej sytuacji czytamy np. pod koniec nowotestamentowego Drugiego Listu do Tesaloniczan: „Pozdrowienie ręką moją — Pawła” (BT). Odbiorcy rozpoznawali takie osobiste dopiski niekoniecznie po charakterze pisma, ale po niewprawnie stawianych literach, łatwo odróżnialnych od czytelnego, równego pisma skryby, który zapisał list. W przypadku tekstów nowotestamentowych o dyktowaniu korespondencji dowiadujemy się wyłącznie z jej treści, ale do naszych czasów zachowały się oryginały innych listów antycznych, pokazujące ten zwyczaj.

Należy do nich list zawierający najstarszy, lub w każdym razie jeden z najstarszych, łacińskich zapisów wykonanych kobiecą ręką.

Za panowania cesarza Klaudiusza Rzymianie podbili Brytanię i dla utrzymania kontroli nad wyspą zbudowali szereg fortów. Jednym z nich była Vindolanda, warowny obóz wojskowy w obecnej północno-wschodniej Anglii, w hrabstwie Northumberland. Wzniesiony pod koniec I wieku n.e., służył Rzymianom jako placówka wojskowa do czasu opuszczenia Brytanii przez ostatnie oddziały rzymskie na początku V wieku.

Od lat 70. XX wieku podczas kolejnych sezonów wykopaliskowych w Vindolandzie odkryto łącznie setki prywatnych listów rzymskich. Większość z nich napisano atramentem na cienkich drewnianych tabliczkach, część — na tabliczkach pokrytych woskiem. Wśród nich datowany na ok. 100 rok n.e. list Klaudii Sewery, żony Eliusza Brokchusa, dowódcy pomocniczego fortu w pobliżu Vindolandy. Adresatką była Sulpicja Lepidina, żona Flawiusza Cerialisa, prefekta IX kohorty Batawów, stacjonującej w Vindolandzie.

Po jednej stronie tabliczki widnieje sporządzona przez sekretarza informacja o nadawcy i odbiorcy: „Sulpiciae Lepedinae Cerialis a S[e]vera” (Sulpicji Lepidinie Cerialisa od Sewery). Po drugiej znajduje się spisany przez niego tekst listu:

„Klaudia Sewera do swojej Lepidiny, pozdrowienia. Na trzeci dzień przed Idami wrześniowymi (tj. 11 września), siostro, na uroczysty dzień moich urodzin, serdecznie Cię zapraszam, abyś do nas zawitała i uprzyjemniła mi ten dzień swoją obecnością, jeśli przybędziesz. Przekaż moje pozdrowienia swojemu Cerialisowi. Mój Eliusz i nasz synek przesyłają pozdrowienia”.

Pod tym dopisek mniej eleganckim pismem:

„Będę Cię oczekiwać, siostro. Bądź zdrowa, siostro, duszo moja, obym zdrowa była, najdroższa, pozdrawiam”.

Vale, soror, anima mea!

Tabliczka z Vindolandy z listem Klaudii Sewery
Tabliczka z Vindolandy (nr 291) z listem Klaudii Sewery, ok. 20×10 cm, 97–103 n.e.;
British Museum, obiekt 1986,1001.64

środa, 4 marca 2026

Liczenie to trudna sprawa

Kiedy przyjrzymy się bliżej językom używanym w mniej rozwiniętych społeczeństwach, zauważymy, że liczenie różnych rzeczy nie jest rzeczą prostą. Powszechne i podstawowe są określenia na pojedynczy przedmiot i na naturalną parę (oczy, ręce). Pierwszy system to jeden-dwa-wiele.

Niektóre języki nie mają nawet tyle. Spośród zbadanych języków kilkanaście z Ameryki Południowej oraz kilka z Nowej Gwinei w ogóle nie ma liczebników, to znaczy słów lub wyrażeń, których stałym znaczeniem jest konkretna liczba. W tych językach istnieje osobne słowo na 1, bywają też słowa na naturalną parę konkretnego rodzaju rzeczy, ale do określania ilości używa się terminów „jeden”, „kilka”, „wiele”.

Pozostałością podobnego pierwotnego systemu jest językowa liczba podwójna, różna od liczby mnogiej. W polszczyźnie niektóre rzeczowniki do dziś zachowały formę liczby podwójnej dla naturalnej pary:

  • rękoma — para rąk (liczba podwójna)
  • rękami — dwie lub więcej rąk (liczba mnoga)
  • oczyma — para oczu (liczba podwójna)
  • oczami — dwoje lub więcej oczu (liczba mnoga)
  • uszyma — para uszu (liczba podwójna)
  • uszami — dwoje lub więcej uszu (liczba mnoga)

Liczba podwójna rzeczownika „słowo” przetrwała bez zmian w przysłowiu „Mądrej głowie dość dwie słowie”. Podobnie „dwie-ście” to pierwotnie liczba podwójna.

Kiedy mamy jeden i parę, trzy rzeczy dają się ująć myślowo i wyrazić jako para i jeden, cztery jako para par. Badania języków Nowej Gwinei, Afryki, Ameryki Południowej, Australii pokazały, że rzeczywiście liczebniki określające liczby większe niż dwa tworzy się przez złożenia. Na przykład w języku Arunta, aborygenów australijskich:

  • 1 = ninta
  • 2 = tara
  • 3 = tara-ma-ninta
  • 4 = tara-ma-tara

Operowanie większymi liczbami to już kolejny etap, na który trudniej przejść. Praktycznie wszystkie społeczności, które nie mają osobnych nazw na liczby większe od 2, posługują się systemem: „1, 2, 2-i-1, 2-i-2, wiele”. Nadal nie jest to liczenie, a jedynie posługiwanie się pojęciami „pojedynczości” i „podwójności”. Nie wystarczy dla wyrażenia takiej liczby jak 5. Do tego potrzeba użyć schematu 2+2+1 (co wymaga umiejętności dodawania, która nie we wszystkich kulturach się wykształciła). Albo ująć 5 jako parę 2-i-3, ale trzy już jest złożeniem. Koncepcja zliczania, systematycznego powiększania wielkości, pojęcie liczby, nie przychodzi łatwo.

Na początku XX wieku jeden z podróżników tak opisywał kłopoty, jakie mają z liczbami ludzie z plemienia Damara, z Namibii, w południowej Afryce:

Mniejsza z tym, jak zbudowany jest ich język — z pewnością nie posługują się oni żadną liczbą większą od trzech. Kiedy chcą wyrazić, że czegoś jest cztery, pomagają sobie palcami, które są dla nich równie skutecznym narzędziem rachowania jak suwak logarytmiczny dla angielskiego ucznia. Damarowie są w niezłym kłopocie, kiedy przekroczą pięć, ponieważ brakuje im wtedy wolnej ręki, żeby przytrzymywać i oddzielać palce oznaczające jedności. Nie zdarza się jednak, aby zgubili wołu. Stratę jakiejś sztuki zauważają nie dlatego, że zmniejszyła się liczebność stada, tylko dlatego, że brakuje zwierzęcia o znanym im wyglądzie. Gdy prowadzą handel wymienny, za każdą sztukę płaci się oddzielnie. Wyobraźmy sobie, że cena jednej owcy to dwie laski tytoniu. Otóż Damara będzie miał twardy orzech do zgryzienia, jeśli ktoś zabierze mu dwie owce i da za to cztery laski tytoniu. Gdy tak właśnie zrobiłem, zobaczyłem, że mężczyzna oddzielił dwie laski i połączył je wzrokiem z owcą, którą miał sprzedać. Uznawszy, że zapłacono mu uczciwie, i stwierdziwszy, ku swemu zdumieniu, że w ręku zostały mu dokładnie dwie laski na wyrównanie rachunku za drugą owcę, nie mógł uwolnić się od wątpliwości. Transakcja wydawała mu się podejrzana: załatwiona od ręki nie mogła być uczciwa. Wrócił więc do pierwszej pary lasek i wszystko mu się poplątało. Chodził od jednej owcy do drugiej i zgodził się dobić targu dopiero wtedy, kiedy najpierw dano mu do ręki dwie laski tytoniu i odprowadzono jedną owcę, potem zaś wręczono dwie pozostałe laski i zabrano drugą owcę.
[Francis Galton, „Memories of My Life”, 1908; tłum. cytatu: Katarzyna Lipszyc [w]: J.D. Barrow, „Π razy drzwi”, 1996]

sobota, 28 lutego 2026

Zagadkowa Pu-abi

Żyła w południowej Mezopotamii około 4500 lat temu. W swoim mieście-państwie była kimś wyjątkowo ważnym. Zmarła w wieku około czterdziestu lat. Zbudowano dla niej kamienny grobowiec z ceglanym sklepieniem, zaliczany współcześnie do grupy kilkunastu tzw. grobów królewskich w Ur.

Pochowano ją w misternie zdobionym stroju. Jej bujne włosy, lub może raczej dużą perukę, oplatały długie zwoje wstążki z cienkiego złota. Z tyłu głowy tkwił wpięty we włosy złoty grzebień z siedmioma zębami, które zwężały się w wygięte do przodu łodyżki zakończone kwiatami. Głowę opasywał diadem z czterech sznurów cylindrycznych koralików z cennego niebieskiego lapis-lazuli i z czerwonego karneolu, przedzielanych elementami ze złota; złote listki wierzby i topoli oraz kółka opadały z diademu na czoło. Z uszu zwisały wielkie, półksiężycowate, złote kolczyki. Szyję oplatał naszyjnik z centralną złotą rozetką, łączącą trzy sznury okrągłych paciorków z lapis-lazuli przeplatanych paciorkami ze złota. Pod nim z szyi na ramiona opadał drugi, dłuższy naszyjnik, z trójkątnych elementów, łączonych koralikami. Stanowił zapewne rodzaj kołnierza dla zdobiącego górną część ciała okrycia, wykonanego ze zwisających w dół sznurów, na które nanizano setki różnego kształtu koralików ze złota, karneolu i lapis-lazuli. Talię otaczał pas z kilku rzędów cylindrycznych koralików, zakończony u dołu złotymi pierścieniami. Niewykluczone, że był dolnym obramowaniem okrycia. Wszystkie te ozdoby ważyły razem ok. 6,5 kilograma, z czego nakrycie głowy ok. 2,5 kg.

Nakrycie głowy i strój Pu-abi
Nakrycie głowy i strój Pu-abi; fot. Penn Museum, obiekt B17711A

Na palcach miała kunsztownie zdobione złote pierścienie, a na prawym ramieniu spinające szatę złote szpile z główkami z lapis-lazuli. Obok leżały amulety przedstawiające byki i ryby ze złota i lazurytu. Przy marach stał stolik, na którym złożono sznury biżuterii z tysięcy koralików przeplatanych wisiorkami przedstawiającymi rośliny i zwierzęta.

Wraz z kobietą w komorze grobowej pochowano trójkę osobistych służących. Dwójka spoczęła u wezgłowia, trzecia u nóg. Posadzkę pomieszczenia zalegały dziesiątki przedmiotów: diademy, złote, srebrne i lazurytowe pierścienie i bransolety, brosze, naczynia ze złota, srebra, alabastru, a nawet kilka ze skorup strusich jaj.

Przy grobowcu znajdowała się „jama śmierci”, duży prostokątny dół o nachylonym dnie, gdzie w dwóch rzędach spoczywały ciała ponad dwudziestu osób, zaprzęg wołów z ceremonialnym rydwanem na płozach, misterna harfa, duża skrzynia z przedmiotami osobistymi, plansza do gry, złote i srebrne naczynia. Odkrywca grobowca, Leonard Woolley, uznał, że jama stanowiła rampę wejściową do grobowca zmarłej, tak jak podobne jamy z dziesiątkami ciał przy innych grobowcach „cmentarzyska królewskiego” w Ur. W tym przypadku jama znajduje się na poziomie sklepienia grobowca; współcześnie na ogół odrzuca się wiązanie jej z komnatą grobową.

Woolley uznał tajemniczą kobietę za żonę nieznanego z imienia króla, który zmarł wcześniej i został pochowany w „Grobie Króla” (PG 789). Zbudowała własny grobowiec tuż obok jego grobu, aby mogli być razem na zawsze. Romantyczna historia, ale faktycznie jej grobowiec powstał wcześniej, a nie później niż sąsiedni. Czy była królową, żoną króla? Różne nowożytne źródła podają, że była żoną króla Abargiego — nieznane skądinąd imię, występujące jako jedyny napis na cylindrycznej pieczęci znalezionej z drobnymi przedmiotami w miejscu skrzyni w jamie przy jej grobowcu; już w latach 30. XX wieku uznano, że Abargi prawdopodobnie był jej synem. Inni uważają, że była drugą żoną króla Meskalamduga, któremu niekiedy przypisuje się grób PG 789. W rzeczywistości to tylko luźne hipotezy. Nic nie wiąże jej z żadnym królem ani mężem.

Jedyne konkretne wskazówki znajdziemy w jej osobistych przedmiotach. Do takich przedmiotów należały cylindryczne pieczęcie, wykonane z twardego materiału niewielkie walce z przewierconym wzdłuż osi otworem, dzięki czemu można je było nosić na szyi. Na ich powierzchni ryto różne sceny oraz często inskrypcję, podającą imię właściciela. Cylindryczną pieczęć przetaczano po tabliczce z wilgotnej gliny, uzyskując odpowiednik odcisku dzisiejszej osobistej pieczątki.

Przy prawej ręce kobiety leżały trzy pieczęcie cylindryczne. Na jednej z nich w prostokątnych pionowych ramkach widnieje jej imię i tytuł.

Odcisk pieczęci z imieniem Pu-abi
Odcisk pieczęci z imieniem Pu-abi; fot. British Museum, obiekt 121544, CC BY-NC-SA 4.0

W pierwszej kolumnie od prawej dwoma znakami klinowymi zapisano imię. Woolley odczytał je jako Szub-ad, późniejsi uczeni skorygowali odczytanie pierwszego znaku, a jednocześnie uznali, że całość to imię akadyjskie, w brzmieniu: Pu-abi (bardziej poprawnie: Pu-abum), podczas gdy po sumeryjsku brzmiałoby: Pu-ad. Oznacza ono „Usta ojca”. Trudno powiedzieć, na jakiej podstawie uznano, że nosiła akadyjskie imię. Żyła i zmarła w sumeryjskim mieście, nic w jej pochówku nie wskazuje na akadyjskie pochodzenie. Gdyby jej imię interpretować jako sposób oznajmienia, że jest córką akadyjskiego władcy i reprezentuje go wobec sumeryjskiego społeczeństwa Ur, byłoby raczej niefortunnym wyborem. Podkreślałoby jej obcość. Wiemy tymczasem, że kiedy akadyjski król Sargon swoją jedyną córkę ustanowił arcykapłanką sanktuarium boga Nanny w Ur, przyjęła wówczas sumeryjskie imię: Enheduanna. Podobnie setki lat później babiloński król Nabonid mianował na to stanowisko swoją córkę, która przyjęła wtedy sumeryjskie imię: Ennigaldi-Nanna. W obu przypadkach wręcz nie znamy ich pierwotnych imion. Najprościej przyjąć, że Pu-abi (pozostańmy przy tej powszechnie przyjętej formie) była po prostu Sumeryjką i nosiła sumeryjskie imię.

W drugiej kolumnie inskrypcji na pieczęci znajduje się dwuznakowe słowo. Pierwszy ze znaków klinowych, trójkąt z kreseczką w środku, kiedy występuje osobno, oznacza kobietę (MUNUS), drugi, prostokąt z dwiema kreseczkami, oznacza szatę (TUG), zaś połączone tworzą sumerogram NIN, co tłumaczy się jako „Pani”. Mógł oznaczać królową, arcykapłankę lub szlachetnie urodzoną damę.

To wszystko: „Pani Pua-bi”. Zupełnie inaczej niż w przypadku żon królów, kiedy oprócz ich imion podawano imiona ich mężów, na przykład „Baranamtara, żona Lugalandy, władcy Lagasz”.

Na wszystkich trzech pieczęciach Pu-abi wyryto podobne sceny: bankiety z jej udziałem, ale tylko tę jedną pieczęć opatrzono napisem. Na pozostałych dwóch z nieznanego powodu nie zapełniono całej powierzchni walca rysunkiem. ale mimo to pozostawiono puste prostokąty, jak gdyby miejsca przeznaczone na imię i tytuł.

Uczty przedstawiono na pieczęciach w dwóch poziomych pasach rysunków, Pu-abi za każdym razem pokazano w górnym z nich, ważniejszym. Siedzi na krześle bardziej ozdobnym niż krzesła pozostałych osób, otoczona przez służące. Reszta służby obsługuje gości, przynosi napoje i jedzenie. Żaden z ucztujących mężczyzn nie został ukazany jako dorównujący jej rangą. Na jednej z pieczęci w bankiecie Pu-abi biorą udział wyłącznie kobiety, a rozrywkę zapewnia im harfistka.

Ani inskrypcja, ani sceny na pieczęciach nie dają więc podstaw do przypuszczeń, że Pua-bi była żoną jakiegoś króla, wręcz przeciwnie, sugerują jej samodzielną wysoką pozycję. Być może była arcykapłanką? A może panującą królową?… Imię „Usta ojca” oznaczałoby wówczas, że była dziedziczką tronu swego ojca, króla Ur. Pierwszą w historii kobietą sprawującą władzę królewską.

sobota, 14 lutego 2026

Gwarzyli cicho jak świerszcze

Ale jestem znużony, oczy mi nie dopisują, ręka drży, widzę obraz swój w owych starcach Homera, którzy odsunięci od walk z powodu braku sił, siedząc na szańcach, gwarzyli cicho jak świerszcze w trawie.
[Anatole France, „Zbrodnia Sylwestra Bonnard”, tłum. Jan Sten]


I przyszły na to miejsce, gdzie jest Scea brama,
A tam siedzieli, radząc około Pryama:
Pantes, Tymoetes, Lampus, Hiketaon siwy,
Klytius, Ukalegon, Antenor szedziwy,
Już prze lata swe zeszłe z wojny wypuszczony,
Ale na drugą stronę mówca doświadczony.
Podobni polnym świerczom, które więc siedzący
Na wysokiej olszynie, puszczają głos brzmiący.
Tacy prosto na wieży starcowie tam byli
[„Iliada” III 135-144; przeł. Jan Kochanowski, 1585]


Niezadługo przychodzą, gdzie Skajska jest Brama;
Siedzącego wysoko znajdują Pryjama,
Przy nim Lamp, Ukalegon, Hiketaon, Klity,
Tymojt, Pant i Antenor, radca znakomity;
Lata pochyłe bronią działać im nie dadzą,
Lecz mądre między sobą rozmowy prowadzą.
Jak na drzewie koników grono słodko gwarzy,
Tak na wierzchołku bramy poszeptują starzy.
[przeł. Franciszek Ksawery Dmochowski, 1791]


Prędko przybyły do miejsca, gdzie Scejska brama się wznosi,
Tam zaś Pryam dostojny i Pantoos z Tymoitesem,
Tam też Lamposi Klityos i mąż Hiketaon arejczyk,
Tam i Antenor i tam Ukalegon, starcowie roztropni;
Wszyscy ojcowie narodu na Scejskiej bramie siedzieli,
W bojach dla wieku nie brali udziału, ale na wiecach
Oni rajcowie najlepsi: podobni do śpiewnych piewików,
Kiedy ich świegot cichutki na drzewie rozlega się w liściach.
Tacy dostojni przywódcy trojańscy na baszcie siedzieli.
[przeł. Stanisław Mleczko, 1894]


Rychło przybyły tam, gdzie Skajska wznosiła się brama.
Tam, u tej bramy, król Priam, a wraz Tymojtes i Lampos,
Pantoos, Klytios i cny Hiketaon, potomek Aresa,
Dalej dwaj mądrzy mężowie, Anteor, a z nim Ukalegon,
Wszyscy oni siedzieli na radzie, miasta ojcowie.
Starość z rąk wytrąciła im oręż, lecz mówcy to byli
Przedni, do cykad polnych podobni, co w gaju zielonym
W drzew uczepione gałęziach cykają sobie rozkosznie;
Tak to najpierwsi z Trojan na Skajskiej baszcie siedzieli
[przeł. Ignacy Wieniewski, 1961]


Prędko przybyły w to miejsce, gdzie Skajska widnieje brama.
Tam przy Pryjamie zasiedli kręgiem: Pantoos, Tymojtes,
Lampos i Klytios, Aresa potomek — wódz Hiketaon,
z Ukalegonem Antenor, obydwaj znani z mądrości;
ludu starszyzna czcigodna przy Skajskiej czuwała bramie.
Starość ich już uwolniła od walki, lecz byli mówcami
znakomitymi, podobni leśnym piewikom, co w gęstwie
drzewa ukryte tryskają dźwiękiem jak kwiat delikatnym
— tak przewodnicy trojańscy wszyscy na baszcie siedzieli.
[przeł. Kazimiera Jeżewska, 1972]


Szybko przyszły na miejsce, gdzie Skajska Brama się wznosi.
Tam przy Priamie siedzieli Pantoos oraz Timojtes,
Lampos i Klitos, i Hiketaon, szczep Aresowy,
i Ukalegon oraz Antenor, obaj rozważni.
Ci przez lud czczeni starcy siedzieli przy Bramie Zachodniej.
Wiek nie pozwalał im walczyć, ale byli mówcami
znakomitymi, podobni do leśnych piewików, co w drzewach
gęstych siedząc, wydają głos delikatny jak lilie.
Do nich podobni wodzowie trojańscy na murach siedzieli.
[przeł. Robert R. Chodkowski, 2022]

sobota, 7 lutego 2026

Ani słowa o Helenie

Starożytni Grecy od pradawnych czasów wiedzieli, że w odległych krainach żyją ludzie mówiący innymi językami, mający inne obyczaje i wyglądający zupełnie inaczej. W szczególności wiedzieli, że na południe od Egiptu mieszkają ludy o bardzo ciemnej skórze, choć ich bliżej nie rozróżniali. Nazywali je Etiopami (Aithiopes), co po grecku oznacza „spalone twarze”, a ich ziemie Etiopią. Kolor ich skóry przypisywali silnemu działaniu gorąca słonecznego. Użyczony przez Heliosa synowi rydwan słońca, powożony przez młodego, niedoświadczonego Faetona, miał w swoim pędzie po niebie niebezpiecznie zbliżyć się do ziemi, zanim Zeus uśmiercił lekkomyślnego woźnicę piorunem. To właśnie wtedy Etiopowie stali się tak bardzo ciemnoskórzy.

Chociaż Grecy dostrzegali i opisywali odmienny wygląd fizyczny mieszkańców innych krain — trudno było tego nie dostrzec — obca im była koncepcja podziału ludzi na rasy, powstała później w nowożytnej Europie. Używali podziału na ludy. Bliscy i pokrewni byli ci, którzy mieli ten sam lub podobny język, obyczaje, wierzenia. W tym podziale „Etiopowie” było de facto nazwą zbiorczą, ale to dlatego że przez długi czas nie zdawano sobie sprawy z istnienia różnych, odmiennych ludów o podobnie ciemnej karnacji.

W kulturze greckiej Etiopowie występowali już w czasach przed dziejami historycznymi. Podróżujący po świecie heros Perseusz uratował przed morskim potworem przeznaczoną na ofiarę etiopską królewnę Andromedę. Zakochał się, poślubił ją, wrócił z nią do Grecji i założył miasto Mykeny. Potomkowie tej pary rządzili jako królowie Myken, tych samych potężnych Myken, których władcą był później Agamemnon, wódz naczelny wyprawy przeciw Troi. Wśród sojuszników przybyłych z odsieczą Trojanom znalazł się król Etiopów Memnon, syn Jutrzenki, na czele swoich wojsk. Memnon zabił syna Nestora, walczył w pojedynku z Achillesem i go zranił, choć ostatecznie zginął z jego ręki. Opowiadał o jego udziale zaginiony poemat epicki Etiopida, należący do tzw. cyklu trojańskiego, przedstawiającego, łącznie z IliadąOdyseją, pełne dzieje wojny trojańskiej i wydarzeń z nią związanych.

Wzmianka o Etiopach pojawia się również w samej Iliadzie, kiedy Tetyda rozmawia z Achillesem, każe mu czekać i wyjaśnia, dlaczego uda się w jego sprawie na Olimp dopiero za niemal dwa tygodnie:

ponad Okean Dzeus bowiem do Etijopów bez skazy
udał się wczoraj na ucztę, z nim razem wszyscy bogowie.
Lecz gdy dzień minie dwunasty, znów Dzeus na Olimp powróci.
[„Iliada” I 423–425; przeł. Kazimiera Jeżewska]

Epitet „bez skazy” (amymon), nigdy nie stosowany w stosunku do bogów, miał znaczenie dosłowne, ale oznaczał również „szlachetny, szlachetnie urodzony”. W Odysei Homer nazywa tak nawet Ajgistosa, kochanka Klitajmestry, mordercę Agamemnona, kilka wersów po uwadze:

Wtedy Posejdon przebywał daleko pośród Ajtiopów,
którzy mieszkają na kresach ziemi i tworzą dwa szczepy:
tam, gdzie Hyperion zachodzi — jeden, a drugi — gdzie wschodzi.
Od nich przyjmował ofiary z byków stu oraz baranów.
Siedząc przy uczcie, się bawił
[„Odyseja” I 21–25; przeł. Robert R. Chodkowski]

Jak widać, dla Homera Etiopowie mieszkali na krańcach świata, gdzieś daleko nad brzegami Okeanosu, opływającego ziemię. Wzmianek o Etiopach jest u Homera łącznie pięć, wszystkie prócz jednej podobnie ogólnikowe, o ucztowaniu u nich bogów. W tej jednej odmiennej Menelaos podczas wizyty Telemacha opowiada, jak zdobywał majątek, przez kilka lat tułając się po całym świecie:

A wędrowałem na Cypr, zwiedziłem Fenicję i Egipt,
byłem też u Ajtiopów, w Sydonie i u Eremów,
W Libii, gdzie się jagnięta od razu rodzą z rogami
[„Odyseja” IV 83–85]

Horyzonty Greków znacznie poszerzyły się parę wieków po Homerze, kiedy powstało rozległe imperium perskie, obejmujące Egipt i sięgające aż po Indie. Podróżował po nim Herodot, człowiek ciekawy świata, zamiłowany gawędziarz. Wśród różnych informacji o Etiopach, graniczących z Egipcjanami, pisze o ich wyglądzie, i co może wydawać się zaskakujące, także od strony estetycznej:

Gdzie słońce od południa skłania się ku zachodowi, tam rozciąga się Etiopia jako ostatni z tej strony kraj zamieszkałej ziemi. Wydaje ona w wielkiej ilości złoto, olbrzymie słonie, wszelakie dzikie drzewa, heban i ludzi bardzo rosłych, bardzo pięknych i najdłużej żyjących.
[Herodot, „Dzieje” III 114; tłum. Seweryn Hammer]
A ci Etiopowie, do których posyłał Kambizes, mają być najroślejszymi i najpiękniejszymi ze wszystkich ludzi.
[„Dzieje” III 20]

Zachowały się ówczesne greckie dzieła sztuki przedstawiające Etiopów. Wizerunki na amforach, dzbany w kształcie głów, a nawet niecodzienny kielich do wina w formie dwóch głów po dwu stronach: białej, a właściwie pomarańczowawej, w naturalnym kolorze gliny, oraz czarnej, o negroidalnych rysach, z dwa razy powtórzonym na obwodzie ponad nimi napisem „Ten chłopiec jest ładny”.

Tym, czego rzeczywiście trudno byłoby się po Grekach spodziewać, był… Zeus Aithiops. Według ułożonego przez Likofrona (III w. p.n.e.) zawiłego, trudno zrozumiałego poematu „Aleksandra” (tj. Kasandra), przepowiadającego w zagadkowych, proroczych słowach trojańskiej księżniczki przyszłe losy miasta i bohaterów wojny, na greckiej wyspie Chios u wybrzeży Azji Mniejszej czczono Zeusa pod przydomkiem Aithiops. Starożytna tradycja wskazuje na Chios lub miasto Smyrnę, dzisiejszy Izmir, na położonym naprzeciwko lądzie, jako miejsce urodzenia Homera.

Hera, Zeus i Afrodyta, kadr z filmu Troja: Upadek miasta
Inge Beckmann, Hakeem Kae-Kazim i Lex King jako Hera, Zeus i Afrodyta
w miniserialu „Troja: Upadek miasta”, 2018, koprodukcja BBC One i Netflix

środa, 4 lutego 2026

Profesor w szkole średniej

W XXI wieku coraz częściej zdarza się, że uczniowie kwestionują tytułowanie nauczycieli szkół średnich, szczególnie liceów, „Panem profesorem”, “Panią profesor”, uważając to za wymysł nauczycieli, „bezprawnie przywłaszczających sobie nienależny tytuł naukowy”.

Prawdą jest, że nauczyciele kończą studia z tytułem magistra i raczej rzadko się zdarza, żeby mieli choćby doktorat, nie mówiąc już o tytule profesorskim, nadawanym przez prezydenta na wniosek środowiska naukowego. Ale przecież podobnie zwyczajowo zwracamy się do lekarzy grzecznościowo: „panie doktorze”, „pani doktor”, chociaż nie wiemy, czy zrobili doktorat i mają naukowy stopień doktora nauk medycznych, a w większości przypadków go nie mają. Ich tytuł zawodowy, otrzymywany po ukończeniu studiów, to „lekarz medycyny”. Do pań farmaceutek w aptece grzecznościowo mówi się „pani magister”, a kiedy w tym sfeminizowanym zawodzie zaczęli pojawiać się mężczyźni, zaczęto zwracać się do nich „panie magistrze”.

Wszystkie te formy grzecznościowe nie wzięły się znikąd ani nie zainicjowali ich sami tytułowani.

Przypadek absolwentek i absolwentów farmacji jest najświeższy: pochodzi z XX wieku, kiedy aż do zmian pod koniec tego stulecia, osób z wykształceniem wyższym było w Polsce zaledwie kilka procent. Zwracanie się do kogoś tytułem „magister”, podobnie jak „inżynier”, było okazywaniem szacunku.

Najstarszy jest zwyczaj nazywania medyków „doktorami”, słowem, które pochodzi wprost z łaciny i oznaczało tego, który uczy, mistrza.

Pomiędzy nimi sytuuje się szkolny „profesor”. W dawnych nekrologach i na nagrobkach można napotkać towarzyszące imieniu i nazwisku zmarłego określenie „profesor gimnazjum”. W istocie „profesor gimnazjalny” była to formalna nazwa tytułu nauczycielskiego, różnego od profesora uniwersyteckiego. Wyglądało to następująco:

W drugiej połowie XIX wieku w Galicji młody człowiek planujący zostać nauczycielem gimnazjalnym musiał ukończyć kolejno: a) czteroletnią szkołę ludową, b) ośmioletnie, dwustopniowe gimnazjum, c) egzamin dojrzałości, d) czteroletnie studia na uniwersytecie. Przez co najmniej pięć semestrów (czyli dwa i pół roku) miał uczęszczać na wydział filozoficzny, pozostałe mógł studiować na jakimś innym wydziale, kierunkowym. Otwierało to przed nim drogę do nauczycielskiej kariery zawodowej (a po wydziale filozofii niewiele miał szans na inne posady). Następnie przez rok lub dwa pracował nieodpłatnie w gimnazjum lub w siedmioletniej szkole realnej jako aplikant nauczycielski lub szkolił się na kursie jako praktykant. Inną możliwością była posada zastępcy nauczyciela, płatna około 80-90 koron miesięcznie. Po tym czasie należało zdać płatny, trójetapowy, trudny egzamin przed kilkunastoosobową C. K. Naukową Komisją Egzaminacyjną dla Kandydatów na Nauczycieli Szkół Średnich. Opłata wstępna wynosiła 40 koron. Pierwszą częścią były pisane w domu rozprawy na zadany temat, osobno dla każdego z przyszłych przedmiotów nauczania, dodatkowo rozprawa filozoficzna lub pedagogiczna. Nauczyciele języków pisali w językach, jakich mieli uczyć (owszem, w przypadku języków klasycznych po łacinie i po grecku). Czas na dostarczenie prac wynosił trzy miesiące. Po otrzymaniu zawiadomienia o pozytywnej ocenie trzeba było uiścić dodatkowo 50 koron za kolejne etapy: egzamin pisemny w siedzibie komisji, ośmiogodzinny z głównego przedmiotu nauczania i czterogodzinny z pobocznego, a po pomyślnym zaliczeniu godzinny ustny. Egzamin poprawkowy oznaczał powtórne opłaty, odsiew był spory. Po zdaniu egzaminu zastępca nauczyciela, który przeciętnie miał wówczas 30 lat, otrzymywał wyższą stawkę (ok. 120 koron) i oczekiwał… aż zwolni się posada. Kiedy ją wreszcie uzyskał, jako tzw. „nauczyciel rzeczywisty” (IX ranga urzędnicza) zarabiał ok. 230 koron miesięcznie plus ewentualnie dodatek zależny od wielkości miasta, w którym pracował, oraz pięcioletni dodatek za staż pracy. Po przepracowaniu 10, czasem nawet 15 lat, mógł otrzymać tytuł profesora (VIII ranga); na szczęście stopniowo czas oczekiwania na ten awans się skracał i później nauczyciele dostawali ten tytuł już po kilku latach. Posada profesora gimnazjalnego oznaczała większy prestiż, ale też osiągnięcie pełnej stabilizacji: władze mogły go przesunąć do placówki w innym mieście tylko za jego zgodą, przywilej, którego nie miał zwykły nauczyciel. Uff!

Już wówczas wszystkich nauczycieli gimnazjalnych na etacie, nawet bez egzaminu, nazywano na co dzień „profesorami”, nie wnikając w ich faktyczny status i rangę.

środa, 28 stycznia 2026

Niezwykłe zwycięstwo

W roku 648 p.n.e. do programu igrzysk w Olimpii wprowadzono pankration, brutalną, niebezpieczną dyscyplinę będącą połączeniem boksu i zapasów. Pankration przypominał dzisiejsze mieszane sztuki walki (MMA). Jego nazwa, powstała przez połączenie słów pan („cały, wszech-”) oraz kratos („siła, moc”), oznaczała użycie wszystkich sił. Zawodnicy stosowali niemal wszelkie możliwe sposoby walki wręcz bez użycia broni: ciosy pięścią, kopnięcia, chwyty, dźwignie, rzuty, wykręcanie rąk i nóg, a nawet duszenie. Zabronione było tylko wsadzanie palców do oczu oraz gryzienie i drapanie. Spartanie nawet i to uważali za dozwolone, uznawali walki w pankrationie za przygotowanie do zmagań podczas wojny. Nie było podziału na kategorie wagowe ani ustalonego czasu trwania walki. Kończyła się, gdy jeden z zawodników uniósł rękę, uznając się za pokonanego, albo też zginął, co się niekiedy zdarzało. Jego rywal zostawał zwycięzcą.

Jednym z najsłynniejszych mistrzów pankrationu był Arrichion z Figalii na Peloponezie. Dwukrotny zwycięzca olimpijski, w roku 564 p.n.e. stawił się na igrzyskach po raz kolejny.

Po serii wygranych rund pozostał Arrichionowi tylko jeden, ostatni przeciwnik. Rywal ma przewagę. Góruje nad Arrichionem, który klęczy, wsparty na rękach i kolanach. Przeciwnik przygniótł mu biodra udami, końcami stóp blokuje mu kolana, zgiętym ramieniem oplata szyję, przydusza gardło. Pozbawiony oddechu Arrichion zaczyna tracić przytomność. Słyszy jeszcze wołanie swojego trenera Eryksiasa: „Jaki to piękny nagrobek: nie poddał się w Olimpii!”. Arrichion kopie i odpycha prawą stopę przeciwnika, wyciągniętą w tył ręką przyciąga ją do siebie. Przysiada na lewej nodze, blokując stopę tamtego, zakleszczoną w zgięciu kolana. Wciąż duszony, bliski śmierci, chwyta w podwójny uścisk prawą stopę rywala i gwałtownie przekręca. Stopa łamie się w kostce. Wrogi zapaśnik nie wytrzymuje bólu i unosi rękę.

Widzowie zrywają się z siedzeń, wymachują rękami, podskakują, z radości poklepują sąsiadów. Arrichion leży nieruchomo. Sędziowie uwieńczyli gałązką oliwną martwe ciało zwycięzcy.


Pauzaniasz, „Wędrówki po Helladzie" VIII 40.1-2; przeł. Janina Niemirska-Pliszczyńska.
Filostrat Starszy, „Obrazy” II 6; przeł. Remigiusz Popowski.
Flawiusz Filostratos, „O atletyce” 21; przeł. Marian Szarmach.
George M. Hollenback, „Deaths in the Pan-Hellenic Games: The Case of Arrachion Reconsidered” [w:] „Nikephoros” 23 (2010), s. 95-104.

sobota, 17 stycznia 2026

Mowa ludu

Najczęstszym wyrazem w języku angielskim jest rodzajnik określony the. W tłumaczeniach na polski zwykle się go pomija, bo w polszczyźnie jest zbędny; w rzadkich przypadkach tłumaczy się jako „ten”, „ta” lub „to”. Co ciekawe, dawno temu w ogóle nie istniał. Powstał w najstarszej fazie rozwojowej angielszczyzny, która pierwotnie nie miała rodzajników, pomiędzy przybyciem na wyspę Brytanię germańskich Anglów, Sasów i Jutów w V wieku a podbojem normańskim w XI wieku. Wywodzi się od nadużywania w codziennej mowie zaimków wskazujących se („ten, tamten”), sēo („ta, tamta”), þæt („to, tamto”), które przy stopniowym zaniku rodzaju gramatycznego i odmiany przez przypadki połączyły się w jedną formę þe, późniejsze the.

Taki sam proces, choć na bazie innego języka źródłowego bez rodzajników, zaszedł w językach romańskich, powstałych z łaciny ludowej. Łacińskie zaimki ille („tamten, ów”) oraz illa („tamta, owa”) w mowie potocznej utraciły swoją pierwotną, wskazującą rolę i przekształciły się w rodzajniki określone: illa we włoskim, ella w hiszpańskim, lela we francuskim i tak dalej.

Podobnie wyewoluował angielski rodzajnik nieokreślony a (przed samogłoską: an), również nietłumaczony na polski, w razie potrzeby przekładany jako „jakiś, pewien”. Wywodzi się od staroangielskiego liczebnika ān, oznaczającego „jeden”, którego zaczęto używać w znaczeniu „jakiś pojedynczy”.

W językach romańskich rodzajnik nieokreślony powstał w taki sam sposób. Łacińskie liczebniki unus („jeden”) oraz una („jedna”) przekształciły się w rodzajniki: ununa we włoskim i hiszpańskim, unune we francuskim.

Trudno dokładniej wskazać, kiedy zaszły te zmiany w tym czy innym języku, bo wiemy o nich tylko przez wnioskowanie z tekstów historycznych, a większość dokumentów pisanych tworzyły piśmienne elity. Urzędnicy, kanceliści, pisarze wykształcili się na cenionych, uznanych tekstach „klasycznych”, dokumentach prawnych, literaturze pięknej, kronikach, powstałych dawniej, w minionych czasach. Traktowali je jako wzorcowe również językowo, mieli więc tendencję do konserwatyzmu językowego i posługiwania się językiem literackim, różnym od mowy ludu.

Okazuje się, że zarówno ten sam sposób powstawania rodzajników w języku, jak i dystansowanie się elit od mowy „pospólstwa” napotykamy w historii znacznie wcześniej. Setki lat nawet przed powstaniem państwa rzymskiego, nawet przed tradycyjną datą założenia Rzymu.

W języku starożytnych Egipcjan w okresie Starego Państwa (do ok. 2180 p.n.e) nie było rodzajników, istniały natomiast zaimki wskazujące. Później, w czasach Pierwszego Okresu Przejściowego i Średniego Państwa, w mowie potocznej coraz częściej i w coraz szerszym zakresie przed rzeczownikami używano zaimków pa (pꜣ), ta (tꜣ), na (nꜣ), pierwotnie oznaczających „ten”, „ta”, „ci, te”. Zaczęły one stopniowo pełnić rolę rodzajników określonych. Z kolei liczebnik ua (wꜥ), „jeden”, zaczął być używany jako rodzajnik nieokreślony. W czasach Nowego Państwa (ok. 1550–1070 p.n.e.) proces ten dobiegł końca i rodzajniki stały się częścią języka powszechną również w piśmie, zaś język średnioegipski zyskał pozycję klasycznego języka literackiego.

Zanim to jednak nastąpiło, wzorcowym językiem literackim dla egipskich elit Średniego Państwa był język z czasów Starego Państwa.

Wapienna stela dostojnika Montu-usera, datowana na 17 rok panowania Senusereta I, tj. ok. 1945 p.n.e., sam środek okresu Średniego Państwa, wylicza zalety urzędnika, należy do gatunku biografii idealnej. Montu-user chlubi się uznaniem w oczach faraona, który podarował mu tę stelę. Oznajmia, że nadzorował tysiące ludzi, stada bydła, kóz, osłów, owiec. Jest bogaty, hojny i dba o los ludzi. „Nikt nie spał głodny w moim okręgu”, pisze. Ojciec sierot, żywiciel wdów, opiekuje się chorymi, grzebie zmarłych, rozdaje dobra potrzebującym. Nikogo nie oczernia, nie daje posłuchu oszczerstwom, pełni sprawiedliwość, nie bierze łapówek. A wśród tych wszystkich zalet — jedna nieoczekiwana. W dziesiątej kolumnie tekstu, licząc od prawej, widnieje:

Jestem tym, który przemawia wobec dostojników, wolnym od mówienia pa-ów.
Stela Montu-usera
Stela Montu-usera, ok. 1945 p.n.e; MMA 12.184, Metropolitan Museum of Art

sobota, 10 stycznia 2026

Statek Tezeusza

W roku 399 p.n.e. Ateńczycy skazali Sokratesa na śmierć za bezbożność i psucie młodzieży. Ostatnie dni życia spędził w więzieniu, oczekując na wykonanie wyroku śmierci, odroczone ze względów religijnych. Platon w swoim dialogu wyjaśnia przyczynę następująco:

To jest ten okręt, jak powiadają Ateńczycy, w którym swojego czasu Tezeusz tych czternaścioro wywiózł na Kretę, uratował ich i sam wyszedł cało. Więc Apollinowi ślub złożyli wtedy, jak mówią, że jeśli ci wrócą zdrowi, to co roku będą posyłali procesję na Delos. I taką pielgrzymkę zawsze, jeszcze i teraz, od tego czasu rok w rok bogu posyłają. Więc kiedy się pielgrzymka rozpocznie, to jest takie prawo u nich, że w tym czasie państwo musi być czyste, wolne od zmazy i z wyroku sądu nie wolno wtedy nikomu życia odbierać, zanim statek do Delos nie przybędzie i tutaj nazad (=z powrotem) nie wróci. A to nieraz wymaga długiego czasu, kiedy się trafią wiatry przeciwne podróży. Pielgrzymka zaczyna się z chwilą, kiedy kapłan Apollina uwieńczy ster okrętu. To właśnie odbyło się, jak mówię, w wilię (=przeddzień) wydania wyroku. I stąd ta długa pauza u Sokratesa w więzieniu, ta pomiędzy wyrokiem a śmiercią.
[Platon, „Fedon”; tłum. Władysław Witwicki]

Tezeusz był synem króla Aten Ajgeusa (Egeusza). Kiedy był młody, Ateńczycy co roku, według innych co dziewięć lat, posyłali haracz królowi Krety Minosowi: siedmiu młodzieńców i siedem dziewcząt na żer dla Minotaura, potwornego człowieka z głową byka, zamkniętego w Labiryncie. Tezeusz dobrowolnie dołączył do wysyłanej na Kretę młodzieży — zamierzał zabić Minotaura i uwolnić rodzinne miasto od haraczu. Wobec, wydawałoby się, nieuchronnego nieszczęścia statek wysłano z czarnym żaglem, ale Ajgeus dał im dodatkowo biały żagiel, który sternik miał podnieść, wracając, jeśli zamiar syna się powiedzie, na znak, że wszyscy wysłani wracają cali i zdrowi. Tezeusz zabił Minotaura, ale w drodze powrotnej z radości zapomniał, i on, i sternik, żeby zmienić żagiel na biały. Ajgeus, ujrzawszy na powracającym statku czarny żagiel, z rozpaczy rzucił się ze skały do morza i zginął. Odtąd morze to nazywa się Morzem Egejskim.

Według autorów starożytnych wojna trojańska rozpoczęła się na przełomie XIII i XII wieku p.n.e., około roku 1180 p.n.e. Tezeusz żył pokolenie wcześniej, zatem od jego wyprawy na Kretę do śmierci Sokratesa upłynęło 800 lat. A mimo to współcześni Sokratesowi Ateńczycy uważali, że wyprawiają z procesją na wyspę Delos ten sam statek, którym płynął Tezeusz. W jaki sposób drewniany statek mógł przetrwać tak długo?

Plutarch podaje wyjaśnienie zagadki:

Ten trzydziestowiosłowy statek, na którym Tezeusz z młodymi zakładnikami wypłynął i szczęśliwie powrócił, Ateńczycy przechowywali aż do czasów Demetriosa z Faleronu (=ok. 300 p.n.e.). Naturalnie, wymieniali stare drewniane klepki i umieszczali nowe, mocne, a tak je przy tym zręcznie łączyli, że w dyskusjach filozofów (…) statek ów stał się konkretnym przykładem: jedni bowiem dowodzili, że to jest jeszcze ten sam, a drudzy — że już go w ogóle nie ma.
[Plutarch, „Żywoty równoległe. Tezeusz”, 23.1; tłum. Kazimierz Korus]

Statek Tezeusza stał się tradycyjnym przykładem dla filozofów rozpatrujących problem tożsamości obiektów, zaś współcześnie rozpatruje się też pokrewne mu zagadnienie tożsamości człowieka (np. Lem, Dialogi 1957; McMahan, The Ethics of Killing 2002). Skoro komórki naszego ciała są zastępowalne i faktycznie obumierają, a w ich miejsce powstają nowe, skoro wymienialne i faktycznie wymieniane na inne są atomy tworzące ciało, to co decyduje o tym, że dana osoba mimo to pozostaje wciąż tą samą osobą?

Do oryginalnego, starożytnego paradoksu tożsamości obiektu odnoszą się do dziś różne teksty kultury popularnej, między innymi:

To, milordzie, jest topór mojego rodu. Posiadamy go od prawie dziewięciuset lat. Oczywiście czasem potrzebował nowego ostrza. Czasami wymagał innego drzewca, innych deseni na metalu, odnowienia ornamentacji… Ale czy wciąż nie jest to ten sam dziewięćsetletni rodowy topór? A ponieważ z latami zmieniał się delikatnie, wie pan, wciąż jest to całkiem dobry topór. Całkiem dobry. Czy powie mi pan, że to też podróbka?
[Terry Pratchett, „Piąty elefant”; przeł. Piotr W. Cholewa]
Tezeusz i Ariadna na statku, mozaika rzymska
Tezeusz i Ariadna na statku, mozaika rzymska; Kunsthistorisches Museum Wiedeń

piątek, 2 stycznia 2026

Jedne wykopaliska, trzy kobiety

Sto lat temu British Museum i amerykańskie Muzeum Uniwersytetu Pensylwanii uzgodniły wspólne finansowanie łączonej ekspedycji archeologicznej do prac badawczych w południowej Mezopotamii, na wzgórzu kryjącym pozostałości starożytnego sumeryjskiego miasta Ur. Na kierownika przedsięwzięcia wyznaczono doświadczonego brytyjskiego archeologa Leonarda Woolleya. Prace trwały przez dwanaście sezonów, od roku 1922 do 1934, z czego ostatnie dwa poświęcono głównie na zabezpieczenie terenu wykopalisk. Przyniosły nie tylko wiele cennej wiedzy historycznej, ale też odkrycie skarbów sztuki sumeryjskiej, które trafiły na pierwsze strony gazet. W roku 1935 w uznaniu zasług Woolley otrzymał z rąk króla Jerzego tytuł szlachecki.

Początki nie były łatwe. Miejscowi robotnicy, zatrudnieni do kopania, nie mieli doświadczenia w tego rodzaju pracach ani nie rozumieli ich sensu i znaczenia. Sądzili, że chodzi o szukanie skarbów. Kiedy pogłębiono jeden z wykopów próbnych i znaleziono w nim gliniane i wapienne naczynia, drobne przedmioty z brązu i koraliki z kamieni półszlachetnych, Woolley nabrał podejrzeń, że zapewne były tam również koraliki ze złota. Gdy ogłosił, że wypłaci nagrodę za znalezienie takich przedmiotów, przewyższającą ich materialną wartość, koraliki się znalazły. Robotnicy odkupili je od złotników, którym je wcześniej sprzedali.

Woolley odłożył na później zbadanie „złotego wykopu”, jak nazywali go robotnicy. Odkopywano kolejne warstwy miasta, odkrywając mury miejskie, świątynie, siedziby władców i arcykapłanek, a także zwykłe domy mieszkalne.

W trzecim sezonie prac na terenie wykopalisk w Ur pojawili się goście. Pułkownik Joseph Tainsh był pracownikiem brytyjskiej administracji: dyrektorem Irackich Kolei Państwowych. Towarzyszyła mu żona oraz mieszkająca u nich Katharine Keeling, młoda wdowa po brytyjskim oficerze. Podczas wojny wstąpiła do Czerwonego Krzyża i pracowała jako pielęgniarka wojskowa w szpitalu polowym w Aleksandrii, później, pod koniec wojny, w obozie dla jeńców rosyjskich w Polsce. W roku 1924 wyjechała do Iraku z listem polecającym, by ponownie podjąć pracę jako pielęgniarka.

Po przybyciu do Bagdadu Katharine zatrzymała się u państwa Tainsh, a ci pewnego dnia zabrali ją na wykopaliska w Ur. Okazało się to zdarzeniem, które wiele zmieniło w jej życiu. Leonarda Woolleya zafascynował nie tylko jej urok osobisty, ale również jej zdolności jako rysowniczki, umiejętność wykonywania dokładnych rysunków obiektów wyłaniających się z wykopalisk. Zaprosił ją na dłuższy pobyt w kolejnym sezonie i zaproponował stanowisko wolontariuszki.

W sezonie 1925–1926 w pracach wykopaliskowych uczestniczyli: Leonard Woolley, kierownik zespołu, Max Mallowan, główny asystent Woolleya, świeżo po studiach w Oxfordzie, Algernon Whitburn, architekt odpowiedzialny za wykreślanie planów odkrytych budowli, oraz Leon Legrain, specjalista od pisma klinowego. Było jeszcze trzystu miejscowych robotników oraz nadzorujący ich pracę arabski brygadzista, Hammoudi ibn Ibrahim, współpracujący z Woolleyem od czasu wykopalisk w Karkemisz. Jego starszy syn Jahia pomagał jako młodszy brygadzista i wykonywał dokumentację fotograficzną. Sami mężczyźni.

Za oficjalny początek stałej pracy pani Keeling na terenie wykopalisk w Ur można uznać wiosnę 1926 roku, kiedy Mallowan postarał się o rozbudowanie siedziby ekspedycji o nowe pomieszczenie: przeznaczoną specjalnie dla Katharine łazienkę. Jeszcze w tym samym sezonie Woolley podjął decyzję o zatrudnieniu rysowniczki i wypłacaniu jej pensji. Jako kierownik składał sponsorom regularne sprawozdania, więc wkrótce dowiedzieli się o sprawie i wyrazili swoje oburzenie. Dyrektor Muzeum Uniwersytetu Pensylwanii uznał wspólne zamieszkiwanie i stałą obecność młodej samotnej kobiety w gronie samotnych, nieżonatych mężczyzn za sytuację niestosowną i nieakceptowalną, utrzymując, że będzie co najmniej rozpraszać ich w pracy. Daremnie Woolley przekonywał, że przeciwnie, obecność damy ma pozytywny wpływ na zachowanie kolegów w obozie. Groziło odcięcie finansowania.

Pozostało tylko jedno wyjście. W kwietniu 1927 roku Leonard Woolley i Katharine Keeling wzięli ślub. Problem został rozwiązany.

Robotnicy nabrali doświadczenia i Woolley przystąpił do dokładniejszego zbadania otoczenia obiecującego „złotego wykopu”. Natrafił na duże cmentarzysko miejskie z wczesnej epoki brązu, funkcjonujące przez trzysta lat, począwszy od ok. 2600 p.n.e. Większość z ponad 2000 pochówków stanowiły zwyczajne, proste groby pojedynczych osób, których ciała przed przysypaniem ziemią owinięto trzcinowymi matami lub złożono w niezachowanych drewnianych trumnach, z niewielką ilością towarzyszących przedmiotów codziennego użytku. Uwagę przyciągało kilkanaście odmiennych grobów, wyróżniających się konstrukcją z kamienia i cegły, obecnością licznych cennych darów grobowych oraz występowaniem dodatkowych jam lub komór grobowych z osobami towarzyszącymi głównemu zmarłemu. Woolley uznał te imponujące pochówki za groby królewskie; nazwy tej używa się do dziś.

4 stycznia 1928 roku wysłał telegram do sponsorów. Chcąc zapobiec przedwczesnemu ujawnieniu sensacyjnego odkrycia przez postronne osoby, przepisujące tekst wiadomości, napisał go po łacinie:

TUMULUM SAXIS EXSTRUCTUM LATERICIA ARCATUM INTEGRUM INVENI REGINAE SHUBAD…

Znalazłem nienaruszony grobowiec, zbudowany z kamienia, przykryty sklepieniem z cegieł, królowej Szubad, w sukni zdobionej cennymi kamieniami, z kwietną koroną, figurami zwierząt. Grobowiec wspaniały, z klejnotami i złotymi pucharami. Woolley.

Sumeryjskim imieniem „Szubad”, jak je odczytał Woolley, nazywano Damę z Ur przez wiele lat po odkryciu jej grobowca, między innymi np. w polskim wydaniu książki Cerama Bogowie, groby i uczeni z 1958, w Zapomnianym świecie Sumerów Marcina Bielickiego z 1966, w młodzieżowej powieści Ewy Nowackiej Szubad żąda ofiary z 1969. Obecnie odczytuje się je jako akadyjskie, w brzmieniu: Puabi, Pu-abi.

Katharine Woolley wykonała rysunki grobu królowej i rozmieszczenia w nim przedmiotów i szkieletów, sporządziła też pierwszą rekonstrukcję jej głowy w przybraniu: z wielkimi, półksiężycowymi kolczykami ze złota, zwisającymi z uszu, i ze złotą przepaską oplatającą perukę, zwieńczoną złotymi kółkami, listkami i kwiatami na szczycie, zdobioną koralikami z niebieskiego lapis-lazuli i czerwonego karneolu. Katharine opracowała również dokumentację rysunkową pozostałych grobów królewskich.

Z olśniewającym odkryciem mogło rywalizować tylko znalezienie grobowca Tutenchamona przez Cartera kilka lat wcześniej. Zdjęcia znalezionych w grobach wspaniałych skarbów sztuki sumeryjskiej trafiły na pierwsze strony gazet, a na wykopaliskach w Ur pojawiła się kolejna kobieta.

W październiku, po kilkunastu latach pożycia, ostatecznie rozwiodła się z mężem, który dwa lata wcześniej wyznał jej, że kocha inną, młodszą, i domagał się zerwania małżeństwa. Po rozstaniu zamierzała ochłonąć w ciepłym klimacie Karaibów, kiedy dwa dni przed planowanym terminem wyjazdu znajomi podsunęli jej inny kierunek. Kupiła bilet na Orient Express i w listopadzie ruszyła w podróż pociągiem do Stambułu. Po krótkim odpoczynku udała się do Bagdadu, skąd przyjechała na teren wykopalisk.

Katharine przywitała ją z radością, lubiła jej książki. Przybyłą kobietą była Agatha Christie, autorka poczytnych powieści kryminalnych. Główny asystent i zastępca kierownika ekspedycji, Max Mallowan, odbywał akurat rekonwalescencję w Londynie po problemach z wyrostkiem, więc panią Christie po wykopaliskach oprowadzał sam Leonard Woolley. Miał bujną wyobraźnię i potrafił barwnie opowiadać: pokazywał jej między innymi narożny dom, w którym jego zdaniem mieszkał biblijny Abraham, zanim jego ojciec Terach wraz z rodziną „wyruszył z Ur chaldejskiego, aby się udać do kraju Kanaan”. Obie panie polubiły się i zaprzyjaźniły. Katharine zaprosiła Agathę na kolejny sezon.

Pisarka powróciła na wykopaliska w Ur na początku 1930 roku. Poznała wówczas Maxa Mallowana, młodszego od niej o 13 lat. Jesienią tego samego roku wzięli ślub. Katharine Woolley była niechętna stałej obecności drugiej kobiety na wykopaliskach w Ur, więc Max opuścił ekspedycję i razem z Agathą przyjęli zaproszenie Thompsona do wzięcia udziału w pracach archeologicznych w Niniwie, w północnej Mezopotamii. Odtąd Agatha wielokrotnie towarzyszyła mężowi podczas wykopalisk na Bliskim Wschodzie. W dzień pomagała oczyszczać znalezione przedmioty, po południu pisała kolejne powieści, między innymi Morderstwo w Orient Expressie (1934) oraz Morderstwo w Mezopotamii (1936), w której postać żony głównego archeologa, Luizy Leidner, została wzorowana na Katharine Woolley.

Max i Agatha przeżyli wspólnie 45 lat, aż do śmierci Agathy w roku 1976.

Katharine Woolley na wykopaliskach w Ur
Katharine Woolley na wykopaliskach w Ur.

czwartek, 1 stycznia 2026

O doborze lektur

Bacz następnie i na to, by czytanie wielu pisarzy i wszelkiego rodzaju książek także nie pociągnęło za sobą jakiejś chwiejności albo niestałości: trzeba się zajmować umysłami godnymi zaufania i z nich czerpać dla siebie pokarm, jeśli pragniesz przyswoić sobie coś takiego, co by trwale utrzymywało się w twej duszy. Kto wszędzie przebywa, ten nigdzie nie przebywa.


Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza” II; przeł. Wiktor Kornatowski.