Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sf. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2026

Nadejdą ciepłe deszcze

Nadejdą ciepłe deszcze, ziemi wonie
I lot jaskółek tnących nieba tonie;

I żaby w stawach zaśpiewają nocą,
Śliwy od bieli kwiecia zamigocą.

W połowie 1918 roku, kiedy wciąż nie było widać końca wyniszczającej Wielkiej Wojny, a w Ameryce i Europie zaczynała narastać śmiercionośna druga fala epidemii grypy hiszpanki, Sara Teasdale napisała wiersz pod tytułem There Will Come Soft Rains (Nadejdą ciepłe deszcze). Składał się z sześciu dwuwersowych zwrotek i ukazywał wiosenną naturę. Wyszedł drukiem w lipcowym numerze miesięcznika „Harper's Monthly Magazine”. Po wojnie, kiedy przestała już obowiązywać amerykańska ustawa zakazująca wyrażania opinii rzucających negatywne światło na wysiłek wojenny, autorka do tytułu dodała podtytuł: War Time, czyli „Czas wojny”, jednoznacznie wskazując czytelnikom, że mimo braku bezpośrednich odniesień do zniszczeń nie jest to poezja sielankowa.

Wiersz trafił do różnych zbiorów i antologii, zaś po kolejnej, drugiej wojnie światowej wykorzystał go w swoim tekście Ray Bradbury, autor opowiadań fantastyczno-naukowych. Jego opowiadanie nosiło taki sam tytuł jak wiersz, ukazało się 6 maja 1950 w wysokonakładowym tygodniku „Collier's”, znanym z publikacji bardzo krótkich tekstów prozą. Mieściło się na jednej stronie, w trzech szpaltach, z niewielką grafiką pośrodku. Dwa dni później z niewielkimi zmianami ukazało się drukiem w książce Bradbury’ego pt. Kroniki marsjańskie, zbiorze różnorodnych gatunkowo opowiadań (jest wśród nich nawet horror), ukazujących sceny z historii eksploracji i kolonizacji Marsa przez Ziemian, obejmującej lata 1999–2026. Książka wzbudziła entuzjazm czytelników i krytyki, stała się klasyką literatury fantastyczno-naukowej.

W wersji książkowej opowiadania There Will Come Soft Rains pominięto pierwsze dwa akapity, zbyt wiele zdradzające, oraz dodano miejsce akcji: miasteczko Allendale w Kalifornii. Zmieniono także czas akcji, obejmujący niecałą dobę. W pierwotnej wersji opisywane wydarzenia rozpoczynają się o siódmej rano 28 kwietnia 1985 roku, zaś w wersji książkowej jest to 4 sierpnia 2026 roku.

W wydaniu z roku 1997, kiedy blisko już było powieściowego roku 1999, przesunięto wszystkie daty opowiadań w Kronikach marsjańskich o 31 lat w przyszłość, do książki dodano także dwa później napisane teksty. Akcja nowelki Nadejdą ciepłe deszcze w najnowszych edycjach rozgrywa się 4 sierpniav2057.

Po polsku There Will Come Soft Rains ukazało się po raz pierwszy w wydanej w roku 1958 antologii „Rakietowe szlaki”; w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego nosiło tytuł „Nadejdą deszcze”. Od 1971 drukowano je w Kronikach marsjańskich w przekładzie Adama Kaski jako Nadejdą ciepłe deszcze, a od 1977 w tłumaczeniu Kronik przez Paulinę Braiter i Pawła Ziemkiewicza jako Łagodne spadną deszcze.

sobota, 18 lipca 2026

Upadek Elojów

na fasadzie pałacu dostrzegłem napis, złożony z nieznanych mi znaków. Pomyślałem sobie, co prawda bez wielkiego zastanowienia, że Weena pomoże mi go odczytać, lecz dowiedziałem się tylko, że nie miała najmniejszego pojęcia o czytaniu.
(…)
prowadząc Weenę, przeszedłem więc z tej galerii do innej, jeszcze większej, która na pierwszy rzut oka przypomniała mi kaplicę wojskową obwieszoną postrzępionymi sztandarami. Zorientowałem się jednak, że szare poszarpane łachmany, które zwisały z jednej i z drugiej strony galerii, są butwiejącymi szczątkami książek. Od dawna to wszystko gniło, rozłaziło się, rozsypywało i nie znać było już na tym żadnych śladów druku. Lecz tu i ówdzie spaczone okładki i popękane okucia metalowe dość wymownie opowiadały dzieje tego przybytku. Gdybym był literatem, moralizowałbym może na temat marności wszelkich ambicji; lecz w danych okolicznościach uderzył mnie tylko z gwałtowną mocą ogrom zmarnowanej pracy, o jakiej świadczyła ciemna otchłań butwiejącego papieru.

Kadr z filmu „Wehikuł czasu” (1960)
Kadr z filmu „Wehikuł czasu” (1960).

George Herbert Wells, „Wehikuł czasu”; tłum. Feliks Wermiński.

środa, 27 maja 2026

Kirinyaga

Ngai jest stwórcą wszystkiego, co istnieje. Stworzył lwa i słonia, bezkresną sawannę i wyniosłe góry, Kikuju, Masajów i Wakambów.

Nic dziwnego zatem, iż ojciec mego ojca, a także ojciec jego ojca wierzył, że Ngai jest wszechmocny. Potem jednak przybyli Europejczycy, którzy wybili wszystkie zwierzęta, pokryli sawanny swoimi fabrykami, a góry — miastami, wchłonęli Masajów i Wakambów, póki pewnego dnia ze wszystkich dzieł Ngai nie pozostali jedynie Kikuju.

I właśnie pośród Kikuju Ngai wydał ostatnią walkę bogu Europejczyków.
[Mike Resnick, „Kirinyaga”, przeł. Paulina Braiter]

W roku 1987 Orson Scott Card, autor wydanej dwa lata wcześniej powieści Gra Endera, która zdobyła nagrody Hugo i Nebula, zwrócił się do Mike’a Resnicka z prośbą o napisanie opowiadania. Planował wydanie antologii tekstów napisanych przez różnych autorów fantastyki, dziejących się w jednym wspólnym świecie. Miał to być świat przyszłości, w którym istnieją przysposobione do życia sztuczne planetoidy, a rozmaite grupy ludzi mogą się na nich osiedlać, żeby stworzyć na tych nowych światach nowe, lepsze społeczeństwa. Jeśli komuś nie podobałoby się życie w takiej społeczności, mógł ją swobodnie opuścić i udać się gdzie indziej.

Jeszcze w tym samym roku Resnick napisał dla Carda opowiadanie Kirinyaga i uzgodnił z nim, że wyda je wcześniej osobno. Ukazało się w 1988 jako główny tekst listopadowego numeru miesięcznika „The Magazine of Fantasy and Science Fiction”. Autor tymczasem udał się do Kenii, gdzie przyszedł mu do głowy pomysł na kolejne opowiadania, samodzielne, ale jednocześnie składające się na kolejne rozdziały przyszłej powieści.

Kirinyaga została w roku 1989 zwyciężczynią nagrody Hugo w kategorii krótkich form, była nominowana do nagród Nebula oraz Locus.

W kolejnych latach Resnick publikował następne teksty cyklu, nominowane do prestiżowych nagród literatury s-f, w tym Manamouki, która zdobyła nagrodę Hugo i nominację do Nebuli. Wreszcie w roku 1998 wydał złożoną z nich powieść Kirinyaga. Książka i jej rozdziały-opowiadania zdobyły łącznie kilkadziesiąt nagród i nominacji w różnych konkursach i plebiscytach.

W Polsce Kirinyaga ukazała się w roku 1998, w tłumaczeniu Pauliny Braiter. Miała do tej pory tylko jedno wydanie.

Antologia zaplanowana przez Carda nigdy nie wyszła drukiem.

środa, 6 maja 2026

Nastanie nocy

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od Bramy Powr… A nie, to nie ta historia.

Później mówiono, że pomysł na opowiadanie powstał podczas rozmowy z Johnem Campbellem, głównym redaktorem miesięcznika „Astounding Science Fiction”. Rozmówcą Campbella był Isaac Asimov, wówczas 21-letni student chemii. Współpracowali zawodowo od trzech lat, spotykali się niemal co tydzień. Asimov, od wczesnej młodości zafascynowany fantastyką, miał już na koncie kilkanaście opublikowanych opowiadań, z czego kilka u Campbella, który dbał o jakość i został mentorem młodego autora, a później jego przyjacielem.

Campbell wspomniał Asimovowi, że w XIX-wiecznym eseju Emersona Natura przeczytał zachwyty nad gwiazdami:

Lecz gdyby człowiek wolał być samotny, dozwólcie mu patrzeć na gwiazdy. Promienie padające z tych niebieskich światów oddzielą go od tego, co dotyka. Można by pomyśleć, że atmosfera po to została uczyniona przezroczystą, by dać człowiekowi, poprzez ciała niebieskie, wieczną obecność tego, co wzniosłe. Widziane z ulic miast jakże są wspaniałe. Gdyby się gwiazdy ukazywały jednej nocy na tysiąc lat, jakżeby ludzie wówczas wielbili je i czcili, i przez wiele pokoleń przechowywali pamięć o Państwie Bożym, które im się ukazało. Co noc, jednakże, wschodzą te wysłanniczki piękna i rozświetlają świat swym przychylnym uśmiechem.
[Ralph Waldo Emerson, „Natura”; przeł. Zofia Koenig]

Zdaniem Campbella, owszem, gwiazdy widywane raz na tysiąc lat robiłyby na ludziach niesamowite wrażenie. Ale uczuciem, które by wzbudziły, nie byłby zachwyt. Po wspólnej dyskusji nad konsekwencjami takiej hipotetycznej sytuacji zaproponował Asimovowi napisanie opowiadania. Razem wybrali tytuł: Nightfall, czyli „Nastanie nocy”.

Opowiadanie, liczące około 30 stron, najdłuższy do tej pory tekst Asimova, powstało w trzy tygodnie, wiosną 1941 roku. Ukazało się we wrześniowym numerze „Astounding Science Fiction” z nazwiskiem autora na okładce pisma i stało się punktem zwrotnym w jego karierze pisarskiej. I nie tylko. Nagle stał się tak znany w światku fantastyki, że skontaktował się z nim pewien wykładowca biochemii, by pogratulować mu opowiadania, a po dekadzie korespondencji, kiedy Asimov miał już za sobą doktorat, zaproponował mu objęcie po nim katedry uniwersyteckiej. Z czego Asimov skorzystał, choć okazało się, że wkrótce jego dochody z pisania przewyższyły pensję uczelnianą…

Kiedy w roku 1966 ustanowiono Nebulę, najważniejszą z corocznych nagród w świecie fantastyki, Stowarzyszenie Amerykańskich Pisarzy SF postanowiło przyznać wsteczne wyróżnienia dla tekstów wydanych wcześniej, między rokiem 1928 a 1965. Nastanie nocy zostało uznane za najlepsze ze wszystkich opowiadań fantastyczno-naukowych napisanych w tym okresie. Weszło do kanonu fantastyki.

Niemal pół wieku po pamiętnej rozmowie, kiedy Campbell od dawna już nie żył, namówiono Asimova, by wspólnie z Silverbergiem rozbudował swoje opowiadanie do rozmiarów powieści. Opublikowano ją w roku 1990, pod tym samym tytułem co opowiadanie.

Po polsku, w przekładzie Tadeusza Jana Dehnela, Nastanie nocy ukazało się po raz pierwszy w antologii Kryształowy sześcian Wenus z roku 1966. To samo tłumaczenie wykorzystano w polskim wydaniu obszernej antologii Jamesa Gunna Droga do science fiction (t.2: Od Wellsa do Heinleina, 1986). Powieść wyszła drukiem po polsku w roku 1993, w tłumaczeniu Anny Łętowskiej-Mickiewicz i Andrzeja Łokaja.

środa, 22 maja 2024

Kwiaty dla Algernona

Dr Strauss muwi że teraz to powinienem spisywać fszystko co sie zdaży. Każdą żecz. Nie wiem czemu ale on muwi że to ważne bo wtedy oni zobaczą czy ja sie nadaje. Chociaż ja wieże że sie nadaje. Panna Kinnian muwi że oni może zrobią ze mnie mondrego człowieka. Chciał bym być mondry. Nazywam się Charlie Gordon.
[Daniel Keyes, „Kwiaty dla Algernona”, przeł. Krzysztof Malinowski]

Liczące około 25 stron opowiadanie Daniela Keyesa ukazało się w kwietniu 1959 roku na łamach „The Magazine of Fantasy & Science Fiction” (F&SF), jednego z głównych amerykańskich czasopism poświęconych fantastyce. Zdobyło w kategorii małych form przyznawaną corocznie nagrodę Hugo, drugą z najważniejszych nagród w dziedzinie literatury fantastycznej. Później autor rozbudował je do liczącej 300 stron powieści o tym samym tytule. Została wydana w 1966 i nagrodzona Nebulą, najważniejszą z nagród w świecie fantastyki. W tym samym roku była nominowana również do nagrody Hugo, ale przegrała rywalizację z powieścią Luna to surowa pani Heinleina.

Ponieważ nagrody Nebula we wszystkich kategoriach ustanowiono dopiero w roku 1966 (przyznawane dla utworów opublikowanych w roku poprzednim), na wniosek Roberta Silverberga Stowarzyszenie Amerykańskich Pisarzy SF postanowiło przyznać wsteczne wyróżnienia dla najlepszych opowiadań wydanych wcześniej, od roku 1929 do 1964. Opowiadanie Keyesa zajęło w głosowaniu trzecią pozycję (za najlepsze z tego okresu uznano Nastanie nocy Asimova) i znalazło się w wydanej przez Silverberga antologii The Science Fiction Hall of Fame, Volume One.

Kwiaty dla Algernona doczekały się adaptacji scenicznych, telewizyjnych, filmowych i radiowych. Za odegranie postaci głównego bohatera w filmie Charly (1968) Cliff Robertson otrzymał Oscara za najlepszą rolę męską. Polska premiera tego filmu odbyła się na początku roku 1972.

Dwa lata później wyszedł drukiem wykonany przez Krzysztofa Malinowskiego przekład opowiadania na język polski, jako wkładka w postaci tzw. żółtych kartek, jak nazywano dodatki z fantastyką do popularnonaukowego miesięcznika „Problemy”. To samo tłumaczenie zostało wykorzystane w ostatnim tomie polskiego wydania obszernej antologii Jamesa Gunna Droga do science fiction (t.4: Od dzisiaj do wieczności, 1988). Powieść ukazała się po polsku dopiero po zmianie ustroju, opublikowana w roku 1996 w tłumaczeniu Krzysztofa Sokołowskiego.

sobota, 15 października 2022

Najlepsza jest woda

Jak niewiele czasem trzeba, by zainspirować:

Najlepsze to woda, a złoto błyszczy
jak ogień płonący wśród nocy
ponad inne pyszne bogactwa.
[Pindar, oda Olimpijska I, w. 1-3; przełożyła Alicja Szastyńska-Siemion]

Krótki, niepozorny fragment wiersza starożytnego poety został przez włoskiego pisarza użyty jako tytuł kilkustronicowego, nietrywialnego opowiadania. O wodzie.

Dzisiaj, na przykład, miał sprawdzić wartość współczynnika lepkości wody. Tak, proszę państwa: destylowanej wody. Czy można sobie wyobrazić bardziej bezsensowne zajęcie? Zajęcie pracza, nie młodego fizyka: dwadzieścia razy dziennie myć wiskozymetr. Zajęcie… księgowego, pedanta, robaka. A to nie wszystko: bo faktem jest, że wartości znalezione dzisiaj nie zgadzają się z wartościami znalezionymi wczoraj: są to rzeczy, które się zdarzają, ale nikt się do nich chętnie nie przyznaje. Istnieje różnica, nieduża, ale jawna, uparta, jak tylko fakty umieją być uparte (…) I znowu powtarza się mycie aparatu, destyluje się po raz czwarty wodę, kontroluje się po raz szósty termostat, gwiżdże się, aby nie kląć, i robi nowe pomiary.
[Primo Levi, „Najlepsza jest woda”; przełożyła Halszka Wiśniowska]

W cytacie poprawiłem użyte przez tłumaczkę słowo „kleistość” na „lepkość”; mowa o naukowych pomiarach laboratoryjnych. Primo Levi był z wykształcenia chemikiem, przetrwał w Auschwitz głównie dzięki temu, że był potrzebny do pracy w obozowym laboratorium. Skoro o tym mowa, bo autor najbardziej jest znany ze swojej książki o przeżyciach obozowych: opowiadanie zainspirowane myślą Pindara należy do innego typu utworów, to fantastyka.

Zbiorek „Najlepsza jest woda” ukazał się nakładem Wydawnictwa Literackiego w roku 1983, w tzw. „białej serii”. O ile mi wiadomo, jest to jego jedyne wydanie. Opowiadania wchodzące w skład zbioru zostały wybrane z dwóch tomików włoskich: „Storie naturali” oraz „Vizio di forma”, z którego pochodzi m.in. opowiadanie o wodzie: „Ottima è l'acqua”.

czwartek, 29 września 2022

W poszukiwaniu vermiglio i nie tylko

Skoro szczycicie się, że światło płonie w was jaśniej niż w jakimkolwiek innym ludzkim rodzaju, rzekł im, kiedy stanęli przed nim po raz pierwszy, prosząc, by pozwolił im się osiedlić na skalistej ziemi, która była natenczas pustkowiem i siedzibą dzikiego zwierza, naznaczę wam daninę kryjącą się w najgłębszej ciemności ziemi i odtąd będziecie z mojego rozkazu wydobywać vermiglio, ja zaś, bez względu na plugawość waszych wierzeń oraz obyczajów, będę was otaczał opieką i chronił przed innymi. Wedle legendy, chociaż wolicie ją wstydliwie przemilczać, hrabia Bonaldo naciął dłoń w kształt godła swego rodu, podczas gdy starsi nakreślili na swoich dłoniach znak światła i uściskiem dłoni zapieczętowali przysięgę, posypując rany vermiglio. I mimo że wedle powszechnej wiedzy nieoczyszczona ruda jest trucizną, dla nich okazała się krynicą cudu, przedłużającą im życie zgoła ponad ludzką miarę, gdyż każdy przeżył w dobrym zdrowiu trzykrotność ludzkiego żywota (…)
[Anna Brzezińska, „Woda na sicie”]

Kiedy po raz pierwszy czytałem „Wodę na sicie”, uznałem, że akcja tej powieści toczy się w średniowieczu w jakiejś fikcyjnej krainie w zachodniej części basenu Morza Śródziemnego.

Główna narratorka, oskarżona o czarownictwo i morderstwo, uwięziona i zeznająca przed trybunałem inkwizycji, nazywa siebie La Vecchia, co po włosku oznacza ‛Starucha’. Pochodzi z wioski  włosko brzmiącej nazwie Cinabro, w parafii Sangreale. Również vermiglio jest słowem włoskim. Jedyne znane mi złoża vermiglio, eksploatowane od czasów starożytnych, znajdowały się jednak nie we Włoszech, lecz w Hiszpanii. Bohaterka opowiada, że mieszkańcy jej rodzinnych stron wyznają odmienną wiarę, a ważną rolę odgrywają wśród nich „oświeceni”. Trudno nie dostrzec w tym albigensów, czyli katarów, średniowiecznego ruchu religijnego znanego przede wszystkim z Langwedocji, gdzie długi czas bez konfliktów współegzystowali z katolikami. Ich ziemie zostały później podbite przez krucjatę rycerstwa z leżącego bardziej na północ królestwa Francji, zaś ich wiara wytępiona. Dla zgrabnego dopełnienia: włoskie słowo vermiglio pochodzi z języka oksytańskiego, używanego przez mieszkańców Langwedocji.

Po paru latach sięgnąłem ponownie po „Wodę na sicie”, a wówczas nagle uświadomiłem sobie, że o ile vermiglio pełni w niej ważną rolę, odmienna wiara dobrze uzasadnia stosunek bohaterki do stanu duchownego i jego powiązań z władzą, o tyle motywy włoskie mogłyby z powodzeniem nie występować wcale. Anna Brzezińska jest dojrzałą, doświadczoną pisarką, a przy tym mediewistką, specjalistką od średniowiecza — nie umieściłaby takich nawiązań bez powodu. Katarowie występowali również w północnych Włoszech, owszem, zachowały się dokumenty z ich przesłuchań, więc może po prostu Włochy — ale vermiglio? Jakież było moje zdziwienie, kiedy szukając, niemal od razu znalazłem informację o jego złożach we Włoszech!

A jednak… czy „Woda na sicie” to powieść historyczna osadzona w średniowiecznej Toskanii czy fantasy, której autorka zwodzi czytelnika co do miejsca i czasu, jak zwodzi inkwizytorów La Vecchia, snując swoją opowieść z kolejnymi wersjami prawdy?

To prostu dobra powieść.

środa, 27 lipca 2022

Siła Narrativum

Świat Dysku nie podąża drogą nauki. Po co udawać, że mógłby? Smoki zioną ogniem nie dlatego, że mają azbestowe płuca — zioną ogniem, ponieważ wszyscy wiedzą, że tak właśnie powinny się zachowywać.

Światem Dysku kieruje coś głębszego niż zwykła magia, coś potężniejszego od bezbarwnej nauki. To imperatyw narracyjny, siła opowieści.
[Terry Pratchett, Ian Stewart i Jack Cohen, „Nauka Świata Dysku”; tłum. Piotr W. Cholewa]

Tak jak w licznych baśniach, legendach i utworach literackich, tak i w historiach ze Świata Dysku siła Narrativum przejawia się wielokrotnie. Jesteśmy do niej przyzwyczajeni, zwykle jej nie zauważamy. Pratchett zwraca nam na to uwagę, żartując, tak samo jak w książkach cyklu „Świat Dysku” żartuje z rozmaitych konwencji literatury fantasy:

— Kiedy są najbardziej potrzebne — oznajmił — szanse jedne na milion zawsze się sprawdzają. To powszechnie znany fakt.
— Sierżant ma rację, Nobby — poparł go bohatersko Marchewa. — Kiedy zostaje tylko jedna szansa, że coś się uda, to się, no… udaje. Inaczej nie byłoby… — Ściszył głos. — Przecież to rozsądne, bo gdyby ostatnia rozpaczliwa szansa zawiodła, to… W każdym razie bogowie by do tego nie dopuścili. Na pewno nie.
[…]
— No… A jeśli to nie jest szansa jedna na milion?
Nobby spojrzał na niego zdziwiony.
— Co pan ma na myśli?
— No wiecie, prawda, rzeczywiście ostatnia rozpaczliwa szansa jedna na milion zawsze się sprawdza, to fakt, jasna sprawa, ale… Zasada jest bardzo, jak jej tam, szczegółowa. Jest?
— Pan wie lepiej.
— A jeśli to szansa tylko jedna na tysiąc?
— Co?
— Czy kto słyszał, żeby szansa jedna na tysiąc się sprawdziła?
Marchewa podniósł głowę znad listu.
— Niech pan nie żartuje, sierżancie — powiedział. — Nikt jeszcze nie widział, żeby spełniła się szansa jedna na tysiąc.
[Terry Pratchett, „Straż! Straż!”; tłum. Piotr W. Cholewa]

piątek, 22 lipca 2022

Prawo niespodzianki

Kiedy król, wyratowany ze złej przygody, odprowadzony w pobliże swojego orszaku, po raz wtóry spytał, czego żądam, odpowiedziałem mu. Poprosiłem, by obiecał dać mi to, co w domu zostawił, o czym nie wie i czego się nie spodziewa. I król zaprzysiągł, że tak się stanie. A po powrocie do zamku zastał ciebie, Calanthe w połogu. Tak, królowo, czekałem te piętnaście lat, a odsetki od mojej nagrody rosły. Dziś, gdy patrzę na piękną Pavettę, widzę, że czekanie się opłaciło!
[Andrzej Sapkowski, „Kwestia ceny”]

Sapkowski nie ukrywa, że materiał do opowiadań o wiedźminie Geralcie czerpał z baśni i podań, przetwarzając je na własne potrzeby. W tym przypadku postać człowieka-jeża, Dunego, zwanego Jeżem z Erlenwaldu, zapożyczył z baśni opublikowanej przez braci Grimm w drugim zbiorze, z roku 1815. Zapożyczył łącznie z występującym tam narracyjnym prawem niespodzianki:

Zlazł Jeż-Janek z drzewa i odrzekł:
— Pokażę ci, o królu, drogę, jeżeli przyrzekniesz mi i zapiszesz to, co spotkasz na podwórzu zamkowym, gdy tylko wrócisz do siebie…
Namyślał się chwilę król, wreszcie zdecydował:
— Mogę to uczynić z łatwością […]
Wrócił król do domu szczęśliwie, a na spotkanie jego wyszła córka, uradowała się wielce z powrotu ojca i uściskała serdecznie.
[Bracia Grimm, „Jasio-Jeżyk” (Hans mein Igel); tłum. anonimowy, wyd. Warszawa 1938]

Motyw podobnego prawa niespodzianki występuje w wielu ludowych opowieściach: bohater solennie przyrzeka, że jeśli zostanie uratowany z opresji, ofiaruje coś w zamian, jednak ta obietnica zostaje sformułowana w taki sposób, że sam nie wie, czym faktycznie przyjdzie mu zapłacić. Wówczas okazuje się, że niespodziewanie przychodzi mu ponieść ofiarę, której nie brał pod uwagę. Do utworów z tym samym motywem należy biblijna opowieść o Jeftem i jego córce:

A Jefta złożył Panu ślub tej treści: „Jeżeli wydasz Ammonitów w moje ręce, to wówczas, gdy cało powrócę z wyprawy na Ammonitów, do Pana należeć będzie i na całopalenie złożę mu to, co wyjdzie na moje spotkanie z drzwi mojego domu”. I wyruszył Jefta przeciwko Ammonitom, aby z nimi walczyć, a Pan wydał ich w jego ręce. […] A gdy Jefta przyszedł do Mispa i zbliżył się do domu swojego, oto córka jego wyszła na jego spotkanie z bębenkami i tańcami; była zaś ona jedynaczką, oprócz niej nie miał ani syna, ani córki.
[Księga Sędziów 11, 30-34; tłum. wg: Biblia warszawska, 1975]

W typowej opowieści ludowej nikt, a przede wszystkim składający przyrzeczenie, nie spodziewa się, że obiecaną ofiarą będzie jego własne dziecko — po prostu Los tak chciał, albo też, z innego punktu widzenia: moc Narrativum rządzącego opowieściami. A tymczasem setki lat po spisaniu w Księdze Sędziów opowieści o ślubowaniu Jeftego namysł mędrców żydowskich poprowadził ich w zupełnie innym kierunku:

Jiftach był prostakiem jak pień sykomory, dlatego doprowadził do zguby własną córkę. Kiedy to się stało? Gdy walczył z Ammonitami i ślubował: „I niech się stanie, że to, co wyjdzie mi naprzeciw z bramy mojego domu, złożę na ofiarę całopalną”. W tej chwili rozgniewał się nań Święty Błogosławiony i rzekł: „A gdyby z obejścia jego wyszedł pies, świnia albo wielbłąd, to czyżby złożył mi go w ofierze?” I sprawił, że wyszła mu naprzeciw córka.
[Midrasz Tanchuma Hadakosz Bechukotaj, 6 [w:] „Z mądrości Talmudu”; tłum. Szymon Datner i Anna Kamieńska]

czwartek, 30 czerwca 2022

Tlön, Uqbar, Orbis Tertius

Za jedno z najciekawszych pod względem czysto intelektualnym opowiadań Borgesa uważam „Tlön, Uqbar, Orbis Tertius”. Narrator dowiaduje się o interesującym poglądzie, przytoczonym w przeglądowym artykule o krainie Uqbar, zamieszczonym w pewnej wielotomowej encyklopedii. Jak się okazuje przy próbie sprawdzenia, w innych egzemplarzach tego samego wydania tej encyklopedii hasła Uqbar nie ma. Jakiś czas później w ręce narratora trafia kolejna tajemnicza książka podobnego rodzaju: jeden z obszernych tomów encyklopedii Tlönu, całej nieznanej planety. Zadziwiającą, charakterystyczną cechę Tlönu stanowi to, że jego mieszkańcy postrzegają świat odmiennie, odpowiednio do tego zupełnie inaczej jest zbudowany ich język:

Świat, dla nich, nie jest zbiorem przedmiotów w przestrzeni; jest heterogeniczną serią niezależnych czynów; jest następczy, czasowy, nie zaś przestrzenny. W domyślnym Ursprache Tlönu, z którego pochodzą języki i dialekty »aktualne«, nie istnieją rzeczowniki; istnieją czasowniki bezosobowe, określane jednosylabowymi przyrostkami (lub przedrostkami) o znaczeniu przysłówkowym. Na przykład: nie ma słowa, które odpowiadałoby naszemu słowu księżyc, ale istnieje czasownik, który brzmiałby u nas »księżycznić« lub »księżycować«. (…)

To, co zostało powiedziane, odnosi się do języków półkuli północnej (…); pierwotną komórką nie jest czasownik, ale jednozgłoskowy przymiotnik. Rzeczownik tworzy się poprzez nagromadzenie przymiotników. Nie mówi się »księżyc«: mówi się »powietrzno-jasny ponad ciemno-okrągłym« lub »jasno-pomarańczowy-wysoko-niebieskiego«, lub jakikolwiek inny zestaw. W tym szczególnym przypadku zbiór przymiotników odpowiada rzeczywistemu przedmiotowi; ale chodzi tu właśnie o przypadek szczególny. W literaturach tej półkuli (…) obfitują przedmioty idealne, powołane i niknące w jednej chwili, zależnie od potrzeb poetyckich.
[Jorge Luis Borges, „Tlön, Uqbar, Orbis Tertius”, w zbiorze „Fikcje”, przełożył Andrzej Sobol-Jurczykowski]

Jak można przypuszczać, punktem wyjścia pomysłu były dla autora rozważania nad konsekwencjami skrajnego, całkowitego idealizmu filozoficznego, z gruntu odrzucającego wszelkie ślady materializmu. Idealizmu w typie metafizyki Berkeleya, który jednak rzeczywiście stanowiłby dla jakichś ludzi fundament sposobu postrzegania świata, a nie tylko konstrukt akademicki używany w dyskusjach.

Tymczasem Umberto Eco — semiolog, filozof i bibliofil — w końcowym rozdziale swojej monografii pisze, bez związku z Borgesem, następująco:

Jezuita Ludovico Bertonio opublikował w roku 1603 »Arte de la lengua aymara«, a w roku 1612 wydał słownik tego języka »Vocabulario de la lengua aymara« (chodzi o język jeszcze dziś używany na pograniczu między Boliwią a Peru). Bertonio zauważył, że ma do czynienia z językiem o niebywałej wręcz giętkości i witalności słowotwórczej; z językiem o tak rozwiniętej zdolności wyrażania abstrakcji, że sprawiającym wrażenie języka sztucznego. W dwa wieki później Emeterio Villamil de Rada w dziele »De lengua de Adan« (1860) określił ów język jako (…) ustanowiony na fundamencie »idei koniecznych i niezmiennych«, wreszcie jako język filozoficzny, gdyby ewentualnie takie były. (…)

Badania bliższe naszym czasom dowiodły, że język aymara opiera się raczej na logice trójwartościowej niż dla charakterystycznej dla myśli zachodniej logice dwuwartościowej (…) i dlatego właśnie zdolny jest wyrazić wszystkie te subtelności modalne, które w naszych językach są osiągalne w rezultacie mozolnych peryfraz. (…) Dzięki swej doskonałości język aymara zdolny byłby zatem wyrazić każda myśl wypowiedzianą w językach nawzajem nieprzekładalnych, ale cena do zapłacenia byłaby taka, że wszystko to, co język doskonały odda własnymi środkami, nie mogłoby zostać ponownie przełożone na nasze języki naturalne.
[Umberto Eco, „W poszukiwaniu języka uniwersalnego”, przełożył Wojciech Soliński]

Monografia Eco to interesująca historia poszukiwań i projektów języka uniwersalnego, z bibliografią i indeksem nazwisk, napisana przystępnie, choć zawierająca wiele faktów i przykładów, na wzór typowej, ale zwykle suchej pracy naukowej. Własności języka aymara są niezwykłe, ale informacja o nich przekazana w wiarygodny sposób. A jednak… Umberto Eco to także autor powieści takich jak „Wahadło Foucaulta” czy „Cmentarz w Pradze”, osnutych wokół tajnych zgromadzeń, mistyfikacji, ukrytych planów. Nie mówiąc już o „Baudolino”, gdzie historia miesza się z fikcją i legendą, a to, co bohater-narrator sam zmyśla, nieoczekiwanie dla niego samego okazuje się rzeczywistością…

Wracając do Borgesa, z ostatniej części opowiadania dowiadujemy się, że narrator natknął się na mistyfikację, wynik trwającego przez pokolenia spisku intelektualistów, żeby wyobrazić sobie i opisać, a tym samym stworzyć świat Tlönu. A następnie, podsuwając jego elementy ludziom, stopniowo przekształcić nasz świat w Tlön:

Wszedł już do szkół »język pierwotny« (domniemany) Tlönu; nauka jego harmonijnej historii (…) wyparła już tę, która patronowała mojemu dzieciństwu; (…) Jeżeli nasze przypuszczenia nie są błędne, za jakieś sto lat ktoś odkryje sto tomów Drugiej Encyklopedii Tlönu. Zniknie wówczas z planety język angielski i francuski, i prosty hiszpański.
[Jorge Luis Borges, „Tlön, Uqbar, Orbis Tertius”]

Kto wie, czyżby Eco został jednym z takich spiskowców?

niedziela, 2 października 2011

Miliardy imion Boga

W opowiadaniu „Dziewięć miliardów imion Boga” („The Nine Billion Names of God”) Arthur C. Clarke opisuje tybetański klasztor, którego mnisi od trzystu lat zajmują się spisywaniem wszystkich możliwych imion Boga. Najwyższy lama objaśnia inżynierowi szczegóły w następujący sposób:

– Wasz komputer Mark V może przeprowadzić wszystkie rutynowe obliczenia matematyczne do dziesięciu cyfr. Ponieważ jednak my w naszej pracy posługujemy się literami, a nie cyframi, pragniemy, byście zmodyfikowali obwody wyjściowe. Maszyna będzie drukować słowa, nie kolumny cyfr.
[…]
– To naprawdę zupełnie proste. Spisujemy listę wszystkich możliwych imion Boga.
– Słucham?
– Mamy powody wierzyć – ciągnął niewzruszenie lama – że wszystkie te imiona można zapisać za pomocą nie więcej niż dziewięciu liter opracowanego przez nas alfabetu.
[…]
– Jeśli pan chce, może pan to nazwać rytuałem, ale to fundamentalna część naszych wierzeń. Wszystkie liczne imiona Najwyższej Istoty – Bóg, Jehowa, Allah i tak dalej – to jedynie stworzone przez człowieka etykiety. Istnieje problem filozoficzny o pewnym stopniu trudności, którego proponuję tu nie rozważać, lecz gdzieś pomiędzy wszystkimi możliwymi kombinacjami liter istnieje to, co niektórzy mogą nazwać prawdziwymi imionami Boga. Staramy się więc je wszystkie spisać drogą systematycznej permutacji liter.
– Rozumiem. Zaczynacie od AAAAAAAAA… by dojść do ZZZZZZZZZ…
– Właśnie. Chociaż używamy własnego, specjalnego alfabetu. Zmodyfikowanie automatycznych maszyn do pisania, by mogły sobie z nim poradzić, jest oczywiście trywialnie proste. Znacznie bardziej interesującym problemem jest opracowanie stosownych obwodów, które wyeliminują absurdalne kombinacje. Na przykład żadna litera nie powinna występować częściej niż trzy razy z rzędu.

Tak więc zadane są następujące warunki dla ciągów liter, jakie należy wydrukować:

  1. Kombinacje nie mogą być dłuższe niż dziewięć liter.
  2. Żadna litera nie może wystąpić więcej niż trzy razy z rzędu.
  3. Używa się specjalnego alfabetu (w opowiadaniu nie podano, ile istnieje w nim liter).

W dalszej części opowiadania dowiadujemy się dodatkowego szczegółu:

kiedy spiszą wszystkie Jego imiona – a sądzą, że jest ich około dziewięciu miliardów

Pytanie brzmi:

Z ilu znaków składał się alfabet zastosowany przez mnichów?

Zacznijmy od pierwszego warunku – ile jest wszystkich możliwych ciągów liter o długości dziewięć lub mniej? Załóżmy, że alfabet składa się z N=10 liter. Każda pojedyncza litera może utworzyć jednoliterowy wyraz, więc jest ich zaledwie:
V1(10) = 10
Wyrazy 2-literowe tworzymy przez doklejanie na końcu każdego 1-literowego wyrazu kolejno każdej z 10 liter alfabetu. W takim razie jest ich:
V2(10) = 10∙10 = 102 = 100
Podobnie, wyrazy 3-literowe tworzymy przez doklejanie na końcu każdego 2-literowego wyrazu kolejno każdej z liter alfabetu. Wyrazów 3-literowych jest:
V3(10) = 10∙10∙10 = 103 = 1000
Tą samą metodą konstruujemy coraz dłuższe wyrazy aż do 9-literowych, których jest ogółem:
V9(10) = 10∙10∙10∙10∙10∙10∙10∙10∙10 = 109 = 1.000.000.000
czyli równo miliard. Po zsumowaniu liczb dla wszystkich długości wyrazów otrzymamy:
VS(10) = 101 + 102 + 103 + 104 + 105 + 106 + 107 + 108 + 109 = 1.111.111.110
czyli niewiele ponad miliard. Wiemy jednak, że wszystkich imion, już po odrzuceniu niedopuszczalnych kombinacji powinno być w przybliżeniu dziewięć miliardów:
W ≈  9∙109

Alfabet o 10 literach jest więc zbyt krótki. Sprawdźmy alfabety z większą liczbą znaków. Do obliczeń możemy użyć zwykłego, podręcznego kalkulatora lub wykorzystać funkcję kalkulatora wbudowaną w wyszukiwarkę Google, pamiętając, że znak "^" reprezentuje potęgowanie. Na przykład:
11^1+11^2+11^3+11^4+11^5+11^6+11^7+11^8+11^9

Otrzymujemy następujące wyniki:
VS(11) = 111 + 112 + 113 + 114 + 115 + 116 + 117 + 118 + 119 =  2.593.742.459
VS(12) = 121 + 122 + 123 + 124 + 125 + 126 + 127 + 128 + 129 =  5.628.851.292
VS(13) = 131 + 132 + 133 + 134 + 135 + 136 + 137 + 138 + 139 = 11.488.207.653
VS(14) = 141 + 142 + 143 + 144 + 145 + 146 + 147 + 148 + 149 = 22.250.358.074

Z pewnością alfabety 11- i 12-znakowe są zbyt krótkie, bo w ich przypadku wszystkich możliwych wyrazów 9-znakowych lub krótszych jest znacznie mniej niż 9 miliardów. Alfabet mnichów musi liczyć co najmniej 13 lub nawet 14 znaków, bo przecież musimy jeszcze brać pod uwagę, że bliżej nieznana część kombinacji będzie nieprawidłowa.

Znaków
alfabetu
Wszystkich
wyrazów
Spodziewane
poprawnych
wyrazów
NVS(N)W
12≈  6∙109≈ 9∙109
13≈ 11∙109
14≈ 22∙109

Przyrząd do generowania fragmentów zdań z kombinacji wyrazów. Ilustracja Grandville'a do Podróży Guliwera
Przyrząd do generowania fragmentów zdań z kombinacji wyrazów.
XIX-wieczna ilustracja Grandville'a do „Podróży Guliwera” J.Swifta.

Pora na zajęcie się drugim warunkiem, o wiele trudniejszym. W jaki sposób dla danej długości alfabetu oszacować liczbę tych wyrazów, które na pewno są poprawne, czyli nie występują w nich ciągi powtórzeń tej samej litery dłuższe niż 3-elementowe?

Zacznijmy od wyrazów 3-literowych. Kolejne znaki wyrazu oznaczymy symbolami a1, a2, a3:

a1a2a3

Ponieważ powtórzenie kolejno 3 razy tej samej litery jest dozwolone, więc każdy ze znaków wyrazu może być dowolną literą alfabetu. Liczba wszystkich wyrazów 3-literowych wynosi:
U3(N) =N∙ N∙N = N3

Do takiego wyrazu doklejamy następnie na końcu kolejny znak, a4. Jeśli postawimy warunek, że ten znak nie może być taki sam jak poprzedni

a1a2a3a4
a4 ≠ a3
to mamy zagwarantowane, że nie powstanie 4-znakowy wyraz, którego wszystkie litery byłyby takie same. Zauważmy od razu, że liczba wszystkich wyrazów zbudowanych tą metodą wynosi:
U4(N) = N∙ N∙N∙(N-1) = N3∙(N-1)
ponieważ ostatnia litera nie jest dobierana z całości alfabetu.

Co bardzo ważne, chociaż ta metoda niezawodnie zapewnia pominięcie niepoprawnych kombinacji i daje wyłącznie wyrazy spełniające zadany warunek, takie jak:

AAAB
AABA
ABAB
a4 ≠ a3

to jednak równocześnie odrzuca niektóre poprawne rozwiązania, takie jak:

AABB
ABBB
ABAA
a4 ≠ a3

Oznacza to, że poprawnych kombinacji jest co najmniej tyle, ile wynika z tego sposobu budowy wyrazów. (Wyznaczenie dokładnej liczby poprawnych wyrazów jest bardziej skomplikowane).

Do tak skonstruowanych 4-znakowych wyrazów doklejamy na końcu kolejną literę:

a1a2a3a4a5
a4 ≠ a3

Tym razem nie potrzebujemy ograniczać się w wyborze, ponieważ dzięki temu, że czwarta litera jest inna niż trzecia, możemy mieć pewność, że a2 a3, a4, a5 nie są wszystkie tą samą literą, nie tworzą niedozwolonej czwórki kolejnych jednakowych znaków. Liczba wszystkich wyrazów 5-znakowych zbudowanych naszą metodą wynosi więc:
U5(N) = N∙ N∙N∙(N-1)∙ N = N4∙(N-1)

Podobnie postępujemy dla wyrazów 6-znakowych:

a1a2a3a4a5a6
a4 ≠ a3
Liczba wszystkich takich wyrazów 6-znakowych wynosi:
U6(N) = N∙ N∙N∙(N-1)∙ N∙ N = N5∙(N-1)

Przy wyrazach 7-znakowych pojawia się podobne ograniczenie, jak przy 4-znakowych. Co prawda, czwarty znak wyrazu jest inny niż trzeci, ale w niektórych wyrazach piąty i szósty są takie same jak czwarty:

AABCCC?

Z tego powodu postawimy warunek, że siódmy znak wyrazu, a7 nie może być taki sam jak poprzedni

a1a2a3a4a5a6a7
a4 ≠ a3; a7 ≠ a6

Liczba wszystkich wyrazów zbudowanych tą metodą wynosi:
U7(N) = N∙ N∙N∙(N-1)∙ N∙N∙(N-1) = N5∙(N-1)2
ponieważ siódma litera, podobnie jak czwarta, jest dobierana nie z pełnego zestawu alfabetu, ale z pominięciem jednej z liter.

Postępując dalej podobnie uzyskujemy:

a1a2a3a4a5a6a7a8
a1a2a3a4a5a6a7a8a9
a4 ≠ a3; a7 ≠ a6

oraz
U8(N) = N∙ N∙N∙(N-1)∙ N∙N∙(N-1)∙N = N6∙(N-1)2
U9(N) = N∙ N∙N∙(N-1)∙ N∙N∙(N-1)∙N∙N = N7∙(N-1)2

Dla N=13 oraz N=14 otrzymamy:

N U9(N) U8(N) U7(N) U6(N) Σ ≈ US(N)
13 ≈ 9,04∙109 ≈0,70∙109 ≈0,05∙109 ≈0,005∙109 ≈ 9,79∙109
14 ≈17,81∙109 ≈1,27∙109 ≈0,09∙109 ≈0,007∙109 ≈19,19∙109

Przypomnijmy, że sumaryczne liczby w ostatniej kolumnie wskazują, że dla alfabetu o wskazanej liczebności istnieje co najmniej tyle poprawnych rozwiązań. Z drugiej strony wiemy, że istnieje nie więcej poprawnych rozwiązań niż jest wszystkich ogółem, wliczając również niepoprawne:

Znaków
alfabetu
Poprawnych
wyrazów
Wszystkich
wyrazów
Spodziewane
poprawnych
wyrazów
13 ≥ 9,8∙109 ≈11,5∙109 ≈ 9∙109
14 ≥19,2∙109 ≈22,3∙109

Alfabet stosowany przez mnichów musiał liczyć 13 liter, co dawało w przybliżeniu raczej dziesięć niż dziewięć miliardów możliwych kombinacji dla imion Boga.


Arthur C. Clarke, vDziewięć miliardów imion Boga”, przeł. Maciejka Mazan [w:] „Arcydzieła”, Orson Scott Card (red.), Warszawa [2006].