Pierwszym bowiem krokiem do wiedzy jest pilne i nieustępujące badanie.
Abelard, „Tak i nie”; cyt. wg „Historia wychowania”, red. Ł. Kurdybach.
Pierwszym bowiem krokiem do wiedzy jest pilne i nieustępujące badanie.
Abelard, „Tak i nie”; cyt. wg „Historia wychowania”, red. Ł. Kurdybach.
W mieście Nippur mieszkał biedny człowiek imieniem Gimil-Ninurta. Choć ciężko pracował, nie miał złota ani srebra, a naczynie na zboże w jego domu świeciło pustkami. Chodził spać głodny. Nosił jedną szatę, nie miał innej na zmianę. Pewnego razu wypadło mu ugościć znajomych. Cóż począć? „Zdejmę szatę i kupię za nią owieczkę”, pomyślał i udał się na targ. Sprzedał szatę i z ledwością udało mu się kupić za nią trzyletnią kozę. Kiedy wrócił do domu, zauważył ze smutkiem: „Będę miał mięso, ale jak podejmę gości bez piwa?”.
Nie miał już niczego, co mógłby sprzedać. Poszedł więc do rządcy miasta. „Kiedy przyprowadzę kozę jako podarek, rządca odwzajemni się hojnym darem, jak przystoi”. Przed bramą zatrzymał go odźwierny Tukulti-Enlil: — Kim jesteś, po co przychodzisz? — Chcę wejść, spotkać się z rządcą, podarować mu kozę. Poszedł Tukulti-Enlil do rządcy: — Panie, czeka mieszkaniec, przyprowadził ci kozę w podarku. — Czemuś go wpuścił? — rozgniewał się rządca. Gimil-Ninurta wszedł i pozdrowił rządcę: — Niech Enlil i całe Nippur błogosławią cię, panie, Ninurta i Nusku niech cię obdarzą przychylnością! — Czym zawiniłeś, coś złego uczynił, że przynosisz mi podarek? — Niczym panie. Jestem biedny, sprzedałem swą jedyną szatę, by kupić tę oto kozę na ucztę na przyjaciół, ale nie mam już za co kupić piwa. Ty, panie, jesteś opiekunem miasta, do ciebie przyszedłem z podarkiem, by nie byli zawiedzeni i zagniewani na mnie moi przyjaciele, że nie będzie uczty. Rządca rozzłościł się i powiedział do sługi: — Daj temu człowiekowi kości i ścięgna, nalej mu cienkiego piwa, a potem odpraw, wyrzuć go za bramę! Tak też się stało, a Gimil-Ninurta, wychodząc z bramy, powiedział do odźwiernego: — Pozdrowienia twemu panu. Powiedz mu, że za swoją krzywdę odpłacę mu potrójnie. Rządca, kiedy to usłyszał, śmiał się przez cały dzień.
Poniżony Gimil-Ninurta opuścił miasto i poszedł do pałacu władcy. Kiedy wszedł przed oblicze króla, pokłonił się nisko. — Panie, królu świata, opiekunie ludu, niech z twego rozkazu mi dadzą wóz jak dla możnych i piękną szatę, a za dzień przyniosę ci w zapłacie minę złota. Dali mu nowy wóz jak dla możnych i piękną szatę. Gimil-Ninurta wsiadł do wozu i wyruszył z powrotem, a zanim przybył do Nippur, po drodze złapał dwa ptaki i zamknął je w drewnianej skrzynce, którą zapieczętował swoją pieczęcią.
Zajechał pod siedzibę rządcy, który wyszedł na spotkanie dostojnego gościa: — Witaj w mych progach, panie! Kim jesteś, który przybywasz? — Przysłał mnie król, pan mój, przywożę złoto dla Ekur, świątyni Enlila. Rządca nakazał zabić owcę i wyprawił na cześć gościa wspaniałą ucztę. Trwała do późna, aż rządca rzekł: „Jakiż jestem zmęczony!”. Kiedy poszedł spać, Gimil-Ninurta najpierw upewnił się, że gospodarz twardo zasnął. Wtedy potajemnie wstał, otworzył skrzynkę i ptaki uleciały w niebo. O świcie rządca ujrzał skrzynkę z otwartym wiekiem. Wnętrze było puste. — Szukajcie! Szukajcie! Skradziono królewskie złoto dla Ekur! Złota nie znaleziono. Dostojny gość rządcy rozdarł szaty, po czym wpadł we wściekłość. — Pod twoim dachem skradziono królewskie złoto dla Ekur! Rzucił się na rządcę, okładając go ciosami, tłukąc po rękach i nogach, aż przerażony gospodarz błagał: — Panie, nie zabijaj, nie plam swych rąk krwią mieszkańca Nippur, podopiecznego Enlila! Kiedy dostojny gość się zmęczył i nieco ochłonął, rządca ofiarował mu dwie miny złota i nową szatę zamiast podartej. Gimil-Ninurta, wychodząc z bramy, powiedział do odźwiernego: — Pozdrowienia twemu panu. Powiedz mu, że za swoją krzywdę odpłaciłem mu raz; pozostały dwa razy.
Następnego dnia Gimil-Ninurta poszedł do balwierza. Kazał sobie ogolić lewą stronę głowy, jak zwykli golić głowę lekarze. Wziął misę z kadzidłem, po czym udał się do siedziby rządcy. Przed bramą zatrzymał go odźwierny Tukulti-Enlil: — Kim jesteś, po co przychodzisz? — Chcę wejść, spotkać się z rządcą, jestem lekarzem z Isin, biegłym w badaniu, gdzie jest choroba i cierpienia ciała. Kiedy wszedł i pozdrowił rządcę, wskazał mu wszystkie obolałe miejsca na jego ciele. Rządca zdumiał się i powiedział do swoich sług: — Zaprawdę, ten jest mądrym lekarzem. — Panie mój — powiedział Gimil-Ninurta — moja sztuka lecznicza działa tylko w ciemności, tam gdzie nie ma dostępu, dokąd droga ciemna. Rządca udał się z nim do odosobnionej komnaty, w miejsce, do którego nikt nie wchodził, z dala od służby, od przyjaciół i towarzyszy. Tam Gimil-Ninurta zapalił kadzidło w misie i nakazał rządcy położyć się z szeroko rozłożonymi rękami i nogami. Wbił w ziemię pięć kołków, po czym przywiązał lewą rękę rządcy, przywiązał prawą rękę, przywiązał lewą i prawą nogę, i głowę. Wtedy zaczął go okładać pięściami, bił go po całym ciele, od stóp do głów. Pozostawił rządcę w komnacie, a wychodząc z bramy, powiedział do odźwiernego: — Pozdrowienia twemu panu. Powiedz mu, że za swoją krzywdę odpłaciłem mu dwa razy; pozostał jeden.
Kolejnego dnia Gimil-Ninurta udał się na rynek miasta, przechadzał się ulicami i wypatrywał wśród Czarnogłowych. Przyglądał się wszystkim ludziom, aż znalazł młodego człowieka podobnego do siebie. — To podarek dla ciebie za fatygę — powiedział mu. — Idź pod dom rządcy i wołaj głośno, żeby cię wszyscy słyszeli i przybiegli: „Wróciłem! Wróciłem pod bramę, ja, człowiek z kozą!”. A kiedy się zjawią, lepiej szybko uciekaj. Młodzieniec poszedł, by uczynić, jak mu nakazano, a Gimil-Ninurta ukrył się pod mostem przy siedzibie rządcy i czekał. Na wołanie młodzieńca rządca ze sługami wybiegł przed bramę, rozejrzał się i rozkazał: — Niech wszyscy z mego domu, czy to mężczyźni, czy kobiety, czym prędzej biegną i schwytają człowieka z kozą, który tu był przed chwilą! Kiedy wszyscy rozbiegli się i szukali człowieka z kozą, rządca został sam przed domem. Gimil-Ninurta wyskoczył spod mostu i pochwycił rządcę. Przewrócił go i usiadł na nim, po czym zaczął go okładać pięściami, bił go po całym ciele, od stóp do głów. Przerażony rządca błagał o życie. W końcu Gimil-Ninurta przestał, podniósł się i powiedział: — Za swoją krzywdę odpłaciłem ci potrójnie. Odszedł w step, a rządca na wpół żywy wczołgał się do miasta.
Opowiastka mezopotamska wg tabliczek klinowych z Sultantepe (Huziriny), Niniwy i Nippur (SU 51/78, SU 52/252, K 3478, N 4022), datowanych na ok. 700 p.n.e.
— To poważna sprawa? — zapytał mag. — Naprawdę chcesz się z nią ożenić? — Jaszne. Masz czoś przeciw temu? — Nie, skąd… Oczywiście, że nie, ale… rozumiesz, ona ma siedemnaście lat, a ty… ty… jakby to powiedzieć, ty jesteś już w podeszłym wieku. — Znaczy, pora mi się usztatkować? Rincewind z trudem dobierał słowa. — Jesteś od niej o siedemdziesiąt lat starszy, Cohenie. Czy masz pewność… — Wiesz, byłem już kiedyś żonaty. Mam dobrą pamięć — oświadczył z wyrzutem bohater. — Nie, widzisz, rzecz w tym, że… fizycznie, rozumiesz, chodzi o, no, różnicę wieku i w ogóle… to kwestia zdrowia, prawda, i… — Aha — mruknął Cohen. — Rozumiem, o czo ci chodzi. Wysziłek. Nie żasztanawiałem się nad tą kwesztią. — Na pewno nie… — Rincewind wyprostował się. — Ale w końcu tego się można spodziewać. — Dałeś mi do myślenia, trudno zaprzeczyć. — Mam nadzieję, że niczego nie popsułem. — Nie, nie — zapewnił Cohen. — Nie przepraszaj. Szłusznie zwróciłeś mi uwagę. Obejrzał się na Bethan, która mu pomachała, po czym spojrzał na gwiazdę świecącą poprzez mgłę. — Niebezpieczne czaszy — stwierdził w końcu. — To fakt. — Kto wie, czo przyniesie jutro? — Nie ja. Cohen poklepał Rincewinda po ramieniu. — Bywa, że trzeba zaryzykować. Nie obraź się, ale chyba mimo wszysztko żałatwimy ten ślub. A potem… — Zerknął na Bethan i westchnął. — Potem miejmy nadzieję, że nie zabraknie jej sił.
Terry Pratchett, „Blask fantastyczny”; przełożył: Piotr W. Cholewa.
W filmie „Gwiezdne wojny”, tym, który początkowo nie nosił podtytułu i nie był jeszcze częścią cyklu, występuje scena z partią gry planszowej na statku kosmicznym „Sokół Millenium". Załoga statku składa się z przemytnika Hana Solo oraz jego kompana Chewbakki, mechanika i wojownika z humanoidalnej rasy Wookich: dwumetrowego siłacza pokrytego gęstym futrem na całym ciele. Chewbacca porozumiewa się, wydając pomruki, warknięcia i gardłowe ryki.
Razem z przemytniczą załogą statkiem lecą między innymi dwa roboty, droidy: przysadzisty, kopułkowaty R2-D2 oraz jego kolega, złocisty android C-3PO. Podczas podróży R2-D2 gra z Chewbaccą w holograficzną grę strategiczną z ruchomymi figurami potworów. C-3PO kibicuje. Kiedy R2-D2 zbija figurę Chewbakki, ten irytuje się i głośno ryczy.
C-3PO: Zrobił uczciwy ruch. Krzyki niczego nie zmienią.
Han Solo: Ustąp mu. Nie radzę denerwować Wookiego.
C-3PO: Ale, proszę pana, nikt się nie przejmuje, czy denerwuje droida.
Han Solo: Bo droidy nie wyrywają ludziom rąk, kiedy przegrywają. Wookiee są z tego znani.
[Chewbacca przeciąga się z uśmiechem]
C-3PO: Rozumiem, proszę pana. Proponuję nową strategię, R2: pozwól Wookiemu wygrać.
Trudno nie pomyśleć o tej rozgrywce, kiedy patrzy się na scenkę satyryczną namalowaną przez egipskiego artystę, przedstawiającą gazelę grającą w grę planszową z lwem.
![]() |
Fragment papirusu z epoki Ramessydów, ok. 1250–1150 p.n.e.; British Museum, EA10016,1; (c) The Trustees of the British Museum, CC BY-NC-SA 4.0. |
Pewnego dnia popędliwy władca bogów Zeus w gniewie porwał się na swoją żonę Herę. W obronie matki stanął młody Hefajstos, ale został przez ojca pochwycony i zrzucony z Olimpu. Spadał z góry przez cały dzień. Przeżył upadek, lecz okulał. Cierpiącym Hefajstosem zajęły się dwie boginki wodne, Eurynome i Tetyda. Ukryły go przed bogami i ludźmi w nadmorskiej grocie, gdzie przez dziewięć lat doskonalił się w kowalstwie, aż nie miał sobie równych.
Tetyda była bardzo piękna, ale kiedy Zeus dowiedział się o przepowiedni, że jej syn przewyższy swego ojca — a pamiętał dobrze, że sam zdetronizował własnego ojca Kronosa — uzgodnił z Posejdonem, że należy ją wydać za jakiegoś śmiertelnika. Udało się uzgodnić małżeństwo Tetydy z Peleusem, królem Ftyi w Tesalii. Urządzono huczne wesele z udziałem bogów i bogiń, a dla uniknięcia nieprzyjemnej atmosfery postanowiono nie zapraszać na ucztę Eris, bogini niezgody. Która i tak się zjawiła i rzuciła pomiędzy zebranych jabłko z napisem „Dla najpiękniejszej”. O jabłko pokłóciły się Hera, żona Zeusa, oraz Afrodyta i Atena, jego córki. Zrozumiałe, że władca bogów nie miał zamiaru angażować się w poważny konflikt między kobietami w rodzinie, więc osąd powierzył Parysowi, młodemu pasterzowi spod góry Ida, który rychło potem okazał się trojańskim księciem. Każda z trzech bogiń usiłowała przekupić młodego sędziego, a kiedy udało się to Afrodycie, bogini miłości, obrażone Hera i Atena znienawidziły Parysa i wszystkich Trojan.
Ze związku Tetydy i Peleusa urodził się Achilles, najsłynniejszy grecki wojownik. Gdy przeciw Troi wyprawiły się sprzymierzone wojska Achajów, a wśród nich młody Achilles na czele Myrmidonów, Hera miała więcej niż jeden powód, by go wspierać.
W ostatnim roku wojny Patroklos, przyjaciel Achillesa, ruszył do walki przebrany w jego zbroję i niestety zginął z ręki Hektora, najdzielniejszego z Trojan. Na wiadomość o śmierci Patroklosa Achilles chciał natychmiast go pomścić. Tetyda powstrzymała go: nie miał przecież zbroi, zabranej przez Hektora. Obiecała, że Hefajstos sporządzi dla niego nową, wspaniałą zbroję, jak najszybciej:
Proszę, ty w żaden sposób nie mieszaj się w trud Aresowy,
aż mnie zobaczysz na własne oczy tutaj z powrotem.
Ja bowiem wrócę świtem, razem ze słońcem wschodzącym,
niosąc ci piękną zbroję wykutą przez Hefajstosa.[„Iliada” XVIII 134-137; tłum. Robert Chodkowski]
Tetyda odeszła, nie wspominając synowi, że nie zdążyła jeszcze nawet porozmawiać w sprawie zbroi z Hefajstosem. Nie widziała się nim od lat, ale miał u niej dług wdzięczności. Wykuwanie zbroi miało potrwać do świtu, tymczasem jednak między Trojanami i Achajami wciąż trwała zażarta walka, a Achilles nie mógł w niej uczestniczyć, by przeważyć losy — nie miał zbroi!
A wtedy nagle przedwcześnie zaczął zapadać zmierzch…
Hera czcigodna, o wielkich oczach, wysłała Heliosa
niestrudzonego do wód Okeanu, choć on wracać nie chciał.
Helios tam skrył się, a boscy Achaje znowu przerwali
walkę okrutną i wojnę dotąd nierozstrzygniętą.
Z drugiej strony również Trojanie po ciężkich zmaganiach
się wycofali i szybkie konie z rydwanów wyprzęgli.[XVIII 239-244]
![]() |
Tetyda u Hefajstosa; rycina: Stefano della Bella, 1644. |
Eneida Wergiliusza rozpoczyna się od słów:
Arma virumque cano
co się tłumaczy:
Broń i męża śpiewam
Forma „virum” to dopełniacz słowa „vir” oznaczającego mężczyznę, na polski zwykle tłumaczonego podniosłym archaizmem „mąż”. Ale słowa „virumque” nie znajdziemy w żadnym słowniku. Dodana na końcu rzeczownika cząstka „-que” nie tworzy bowiem nowego wyrazu.
Rzymianie mieli trzy zasadnicze sposoby łączenia w wypowiedzi elementów współrzędnych. Pierwszy to zwykły, codzienny spójnik „et”, odpowiednik naszego ‛i’, używany pomiędzy łączonymi wyrazami lub wyrażeniami. Drugi to podobny spójnik „atque”, z pewnym naciskiem, coś jak ‛oraz, a także’. Ostatnim sposobem jest dołączenie na końcu drugiego wyrazu (a nie pomiędzy wyrazami) niesamodzielnej cząstki „-que”, wyrażającej ważne powiązanie.
Podobnie jak niektóre polskie krótkie słowa stawiane po innych, łacińskie „-que” nie ma samodzielnego akcentu. Łączy się fonetycznie z poprzedzającym wyrazem i tworzy z nim akcentową całość, a przy tym przesuwa naturalny akcent. Wymawia się więc vi̲rum, z akcentem na vi, ale viru̲mque, z akcentem na rum.
Za pomocą „-que” można było łączyć nie tylko pojedyncze słowa, ale całe frazy, jak w dalszych słowach Eneidy:
Troiae qui primus ab oris Italiam, fato profugus, Laviniaque venit litora
Z Troi co pierwszy brzegów do Italii, losem wygnany, i lawińskich przybył wybrzeży
Oprócz „arma virumque cano” mamy jeszcze dwa bardzo znane przykłady łacińskiej konstrukcji z formantem spójnikowym „-que”.
Pierwszy to słynna formuła „Senatus Populusque Romanus”, skracana do „SPQR”, oznaczająca dosłownie „senat i lud rzymski”, rozpropagowana pod koniec republiki jako określenie państwa rzymskiego, opartego władzy patrycjuszowskiego senatu i plebejskiego ludu.
Drugim słynnym przypadkiem jest fragment formuły religijnej, mianowicie „filioque”, czyli „i Syna”. Kiedy na pierwszym soborze powszechnym, w Nicei, w roku 325, uchwalono pierwsze wyznanie wiary chrześcijańskiej, zawierało ono krótkie stwierdzenie „wierzę w Ducha Świętego”; na soborze konstantynopolitańskim w roku 381 rozbudowano je i znalazło się w nim między innymi: „który od Ojca pochodzi”. Z biegiem czasu w pismach teologów na Zachodzie pojawiały się sformułowania „od Ojca przez Syna” lub wręcz „od Ojca i Syna”, które miały podkreślać jedność osób Trójcy i wyprzedzająco piętnować poglądy bliskie arianizmowi. Długi czas nie budziło to krytyki ani sprzeciwów na Wschodzie. W średniowieczu taka poszerzona wersja znalazła się np. w wyznaniu wiary zapisanym na synodzie w Toledo i stopniowo łacińska formuła „qui ex Patre Filioque procedit” weszła do liturgii, recytowano ją podczas każdej mszy. Na Wschodzie pojawiały się zastrzeżenia, ale w formie dyskusji, nic poważnego. Aż wreszcie sprawa wybuchła, kiedy patriarcha Konstantynopola Focjusz, na tle sporu z papieżem o prawowitość swojego powołania, dołączył do sporu o jurysdykcję nad Kościołem Wschodu zarzut herezji. Między innymi potępił jako odstępstwo stosowanie w eucharystii kwaszonego chleba zamiast przaśnego, bez zakwasu, oraz dodanie do wyznania wiary „filioque”. Po czterech latach, za pontyfikatu następnego papieża, spór ustał, lecz w XI wieku wybuchł ponownie, z jeszcze większą siłą. W roku 1054 najwyżsi hierarchowie Wschodu i Zachodu, papież i patriarcha Konstantynopola, obłożyli się wzajemnie klątwami. Jak poprzednio, iskrą zapalną były spory polityczne, o jurysdykcję, ale jedną z najważniejszych wysuwanych równolegle rozbieżności teologicznych — kwestia „filioque”. W przeciwieństwie do schizmy w czasach Focjusza tym razem wielkiego rozłamu w chrześcijaństwie na Kościół wschodni i zachodni nie udało się zakończyć.
Nadejdą ciepłe deszcze, ziemi wonie
I lot jaskółek tnących nieba tonie;
I żaby w stawach zaśpiewają nocą,
Śliwy od bieli kwiecia zamigocą.
W połowie 1918 roku, kiedy wciąż nie było widać końca wyniszczającej Wielkiej Wojny, a w Ameryce i Europie zaczynała narastać śmiercionośna druga fala epidemii grypy hiszpanki, Sara Teasdale napisała wiersz pod tytułem There Will Come Soft Rains (Nadejdą ciepłe deszcze). Składał się z sześciu dwuwersowych zwrotek i ukazywał wiosenną naturę. Wyszedł drukiem w lipcowym numerze miesięcznika „Harper's Monthly Magazine”. Po wojnie, kiedy przestała już obowiązywać amerykańska ustawa zakazująca wyrażania opinii rzucających negatywne światło na wysiłek wojenny, autorka do tytułu dodała podtytuł: War Time, czyli „Czas wojny”, jednoznacznie wskazując czytelnikom, że mimo braku bezpośrednich odniesień do zniszczeń nie jest to poezja sielankowa.
Wiersz trafił do różnych zbiorów i antologii, zaś po kolejnej, drugiej wojnie światowej wykorzystał go w swoim tekście Ray Bradbury, autor opowiadań fantastyczno-naukowych. Jego opowiadanie nosiło taki sam tytuł jak wiersz, ukazało się 6 maja 1950 w wysokonakładowym tygodniku „Collier's”, znanym z publikacji bardzo krótkich tekstów prozą. Mieściło się na jednej stronie, w trzech szpaltach, z niewielką grafiką pośrodku. Dwa dni później z niewielkimi zmianami ukazało się drukiem w książce Bradbury’ego pt. Kroniki marsjańskie, zbiorze różnorodnych gatunkowo opowiadań (jest wśród nich nawet horror), ukazujących sceny z historii eksploracji i kolonizacji Marsa przez Ziemian, obejmującej lata 1999–2026. Książka wzbudziła entuzjazm czytelników i krytyki, stała się klasyką literatury fantastyczno-naukowej.
W wersji książkowej opowiadania There Will Come Soft Rains pominięto pierwsze dwa akapity, zbyt wiele zdradzające, oraz dodano miejsce akcji: miasteczko Allendale w Kalifornii. Zmieniono także czas akcji, obejmujący niecałą dobę. W pierwotnej wersji opisywane wydarzenia rozpoczynają się o siódmej rano 28 kwietnia 1985 roku, zaś w wersji książkowej jest to 4 sierpnia 2026 roku.
W wydaniu z roku 1997, kiedy blisko już było powieściowego roku 1999, przesunięto wszystkie daty opowiadań w Kronikach marsjańskich o 31 lat w przyszłość, do książki dodano także dwa później napisane teksty. Akcja nowelki Nadejdą ciepłe deszcze w najnowszych edycjach rozgrywa się 4 sierpniav2057.
Po polsku There Will Come Soft Rains ukazało się po raz pierwszy w wydanej w roku 1958 antologii „Rakietowe szlaki”; w tłumaczeniu Jana Zakrzewskiego nosiło tytuł „Nadejdą deszcze”. Od 1971 drukowano je w Kronikach marsjańskich w przekładzie Adama Kaski jako Nadejdą ciepłe deszcze, a od 1977 w tłumaczeniu Kronik przez Paulinę Braiter i Pawła Ziemkiewicza jako Łagodne spadną deszcze.
Wenusjańska doba gwiazdowa trwa dłużej niż wenusjański rok. Potocznie i w uproszczeniu mówiąc: w pewnym sensie w przypadku Wenus dzień trwa dłużej niż rok. Wydaje się to absurdalne, niemożliwe, a jednak…
Rokiem dla danej planety jest jej okres orbitalny, czas, w jakim dokonuje ona jednego pełnego okrążenia wokół Słońca. W przypadku Wenus wynosi on 224 ziemskie dni (doby). Dobą gwiazdową dla danej planety jest jej okres obrotu, czas, w jakim dokonuje ona jednego pełnego obrotu wokół własnej osi. Dla Wenus wynosi on 243 ziemskie dni (doby) i jest to najdłuższy okres obrotu spośród wszystkich planet Układu Słonecznego.
Na tym jednak nie koniec niespodzianek, ponieważ w pewnym sensie okres obrotu Wenus wynosi minus (!) 243 dni ziemskie. Co miałoby to oznaczać, cofanie się czasu?
Wszystkie planety okrążają Słońce w tym samym kierunku, jak zawodnicy w wyścigu, każdy biegnący po własnym torze na stadionie. Żadna nie krąży „pod prąd” w stosunku do pozostałych. Jeśli spojrzelibyśmy na Układ Słoneczny „z góry”, to znaczy z bardzo dużej odległości, prostopadle do płaszczyzny orbity Ziemi i od strony, po której znajduje się północy biegun Ziemi — jak to się konwencjonalnie przedstawia na schematach — wówczas widzielibyśmy planety krążące wokół Słońca w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Z tej prawidłowości Laplace w XVIII wieku wysnuł przypuszczenie, że Układ Słoneczny powstał z jednego wirującego obłoku gazu, który pod wpływem tego wirowania i na skutek grawitacji stopniowo spłaszczył się i rozpadł na masywne centrum-Słońce oraz krążące wokół niego pierścienie, z których powstały planety.
Drugą prawidłowość obserwuje się w ruchu obrotowym planet wokół własnej osi. Niemal wszystkie planety kręcą się w tę samą stronę, w którą krążą wokół Słońca. Ruch wirowy na przykład Ziemi wokół własnej osi łączy się z jej ruchem obiegowym. Skutkiem tego podróżująca Ziemia musi obrócić się nie tylko o 360°, ale jeszcze nieco więcej, aby dla ziemskiego obserwatora Słońce znalazło się ponownie w tym samym punkcie (kierunku) na niebie. Tak jakby Słońce poruszało się po niebie wolniej niż to wynika z samego ruchu wirowego. Dlatego ziemska doba słoneczna wynosi o 4 minuty więcej niż doba gwiazdowa, czas jednego obrotu Ziemi (23h 56m = 23,93h).
Jedynymi dwoma wyjątkami w wirowaniu wokół własnej osi są Uran oraz Wenus. Wenus, w odróżnieniu od Ziemi, obraca się wokół osi niemal prostopadłej do płaszczyzny swojej orbity, ale „wstecz”, w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. To powoduje, że na Wenus Słońce pojawia się ponownie w tym samym punkcie na niebie wcześniej, niż by to wynikało z samego czasu wykonywania obrotu przez planetę. Długość wenusjańskiej doby słonecznej jest więc mniejsza niż doby gwiazdowej, odwrotnie niż w przypadku Ziemi. Dla obserwatora na powierzchni Wenus między kolejnymi wschodami Słońca minęłoby zaledwie 117 ziemskich dni:
Na dodatek, ponieważ planeta wiruje w przeciwnym kierunku niż Ziemia, na Wenus Słońce dobowo przesuwa się na niebie w przeciwnym kierunku, według ziemskiego układu kierunków wschodzi na zachodzie, a zachodzi na wschodzie.
![]() |